KUŹ: Amerykańskie niedowidzenie

fot. commons.wikimedia.org
Zarówno demokraci, jak i republikanie nie mają na razie spójnej wizji amerykańskiej polityki zagranicznej w Europie i miotani są sprzecznymi ideologicznymi impulsami. Pozostaje nam czekać.

Szkoda, że obie strony nie mogą przegrać – tak podobno Henry Kissinger posumował wybuch wojny pomiędzy Iranem a Irakiem w 1980 roku. Z polskiej perspektywy miałem bardzo podobne odczucia w związku z tzw. wyborami połówkowymi w USA.  Poniekąd cieszy mnie więc sytuacja, w której kontrolowany przez jedną partię Senat będzie musiał współpracować z kontrolowaną przez inną partię (zapewne) Izbą Reprezentantów. Nie opuszcza mnie bowiem wrażenie, że zarówno demokraci, jak i republikanie, jeśli chodzi o politykę europejską, są ślepi na jedno oko, tylko każda partia na inne. Jedni mają na koncie głupkowaty liberalizm w polityce zagranicznej, który zaowocował stawianiem na strategiczne partnerstwo z Niemcami. Drudzy ze swoim dziecinnym realizmem popadają w izolacjonistyczne lub zgoła prorosyjskie nastroje. Liczę trochę na zmianę pokoleniową, jaką zapowiada gubernator Florydy Ron DeSantis. Na coś liczyć trzeba.

Zawsze uważałem, że posądzanie Trumpa o ideologicznie umotywowaną prorosyjskość jest mocno na wyrost. Niektóre jego wypowiedzi na temat Putina i jego cech osobniczych były jednak co najmniej niefrasobliwie, podobnie jak niedawna propozycja, by posłużyć jako pośrednik w negocjacjach pokojowych pomiędzy Kijowem a Moskwą. Nie da się też ukryć, że lektura dwóch głównych republikańskich organów prasowych (jeśli idzie o politykę zagraniczną), czyli konserwatywnego „National Interest” i bardziej pro-trumpowskiego „American Greatness” nie nastraja mnie optymizmem. Nie ma tam treści otwarcie proputinowskich, są jednak hasła izolacjonistyczne i sporo obaw dotyczących eskalacji konfliktu. Czyli: małe państwo, rząd zajmujący się problemami wewnętrznymi, „po co nam ta wojna”, „dlaczego na nią tyle wydajemy” itp. Nie przeszkadzało to oczywiście tym samym pismom krytykować wcześniej niezborne wycofanie się Bidena z Afganistanu i jego konsekwencje polityczne, ale to już inna sprawa.

Chyba najostrzejsza, choć bynajmniej nie odosobniona, wypowiedź to słowa ultratrumpistki Marjorie Taylor Green, która stwierdziła, że jeśli republikanie wygrają, to „ani grosz więcej nie pójdzie na pomoc Ukrainie”. Kevin McCarthy, lider mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów i naturalny kandydat na lidera nowej większości, wypowiadał się ostrożnie, ale też mało krzepiąco. Miał bowiem stwierdzić, że pomoc dla Ukrainy to nie „czek in blanco”.

Demokraci z kolei nadal leczą się po potężnym niemieckim kacu i sam nie wiem, czy kiedykolwiek wyzdrowieją do końca.  Wystarczy sięgnąć po dający miarodajny obraz ich wizji polityki zagranicznej magazyn „Foreign Policy”. Jeszcze na początku lutego 2022 na chwilę przed wybuchem wojny wybitny politolog Stephen Walt rozwodził się na łamach tego pisma nad oszałamiającą efektywnością niemieckiej polityki zagranicznej.  Wcześniej, za czasów Trumpa, zdecydowanie prodemokratyczny „New Yok Times” zupełnie na poważnie zastanawiał się zaś, czy teraz liberalnemu i demokratycznemu światu przewodzi Angela Merkel. Ci sami eksperci i publicyści robili też dobre miny do złej gry, kiedy na ołtarzu dobrych stosunków z Berlinem Biden wiosną 2021 dał zielone światło do budowy gazociągu Nord Stream 2. Niemcy były w końcu w ich oczach modelową, progresywną demokracją, nie to co owa niepraworządna jakoby Polska i niestabilna oraz skorumpowana Ukraina.

Teraz wśród demokratów dominuje zaś retoryka budowania jedności Zachodu i tłumaczenia zachowania Niemiec podczas wojny na Ukrainie ich historycznie zakorzenionym pacyfizmem oraz poczuciem winy. Obawiam się, że w przypadku demokratów taka optyka może być silniejsza od faktów, które jej przeczą; podobnie jak izolacjonizm u wielu republikanów. Jeśli już tyle zainwestowało się w stosunki ze światłymi, postępowymi i silnymi stolicami zachodnioeuropejskimi, to jakaś tam peryferyjna „wojenka” i pohukiwania tych zacofanych Polaków nie od razu zmienią stan demokratycznych umysłów. Wcześniej czy później nastąpi próba powrotu na utarte tory. Berlin wykorzystuje to zaś już doskonale, ciągle mówiąc dokładnie to, co progresywni amerykańscy intelektualiści chcieliby usłyszeć i jednocześnie uprawiając po chichu za ich plecami brutalną politykę nakierowaną tylko i wyłącznie na własne interesy.

Bardzo się obawiam, że obie te schematyczne postawy, czyli niepohamowana miłość demokratów do Berlina i Paryża oraz niefrasobliwy republikański izolacjonizm, będą trudne to zupełnego przezwyciężenia w tym kongresie. Paradoksalnie nieco trzeźwiej niż własne elity o polityce zagranicznej myślą zwykli, szarzy Amerykanie. Według ostatnich badań w 72% popierają dalszą pomoc Ukrainie, Niemców i Francuzów zaś nie wymieniają nawet w pierwszej dwudziestce najbardziej lubianych przez siebie krajów (na 20 miejscu jest według You.Gov Ukraina – sic!).

Z pewnym optymizmem patrzę też na to, że nową gwiazdą na republikańskim firmamencie staje się niezwykle popularny gubernator stanu Floryda – Ron DeSantis. Jego ogromny sukces wyborczy przyćmił gorsze od spodziewanych wyniki kandydatów, których poparł Trump. Dotychczasowe wypowiedzi DeSantisa na tematy zagraniczne sugerują zaś, że łączy on słuszny trumpowski  sceptycyzm wobec postawy Niemiec i Francji z równie słuszną, choć może nieco spóźniona, antyputinowską orientacją Bidena. Pytanie, czy zdecyduje się na otwartą walkę o nominację republikanów, a potem Biały Dom już za dwa lata. Na pewno wielu już teraz gotowych jest zawołać „DeSantis subito”.



Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Michał Kuź
Michał Kuź
doktor nauk politycznych i publicysta, w latach 2018-21 również w służbie dyplomatycznej. Współpracował m.in. z „Nową Konfederacją”, „Pressjami” i „Rzeczpospolitą”, a obecnie jego eseje i analizy poza „Magazynem Kontra” ukazują się także w „Rzeczach Wspólnych” oraz „Teologii Politycznej co tydzień”. Absolwent Louisiana State University, pracuje jako wykładowca w anglojęzycznym programie International Relations na Uczelni Łazarskiego.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!