KUŹ: Dla Brukseli wszyscy jesteśmy „pisowcami”?

fot. flickr.com
Prezydent Duda ma rację, w dobre intencje Komisji Europejskiej w sporze o KPO nie ma co wierzyć. Prawdziwa zabawa zacznie się jednak dopiero po wyborach. Donald Tusk już coś przeczuwa, dlatego zdecydował się na współpracę ze stroną rządową.

Zawiłości prawne kolejnej ustawy o Sądzie Najwyższym, która ma zapewnić, że pieniądze na Krajowy Plan Odbudowy popłyną do Polski pozwolę sobie zostawić na boku. Dość powiedzieć, że stara się ona naprawdę wyjść naprzeciw zastrzeżeniom Komisji Europejskiej oraz wzmacnia niezależność sędziów, zdaniem niektórych ryzykując wręcz ich anarchię ze względu na brak równoważenia tej niezależności jakimiś racjami władzy ustawodawczej i wykonawczej (głównie w osobie prezydenta).

Nie o prawo tutaj jednak idzie. Od jakiegoś czasu nawet część komentatorów zbliżonych do opozycji przestała w gruncie rzeczy udawać, że chodzi o jakieś autentyczne wątpliwości prawne, niepewność co do bezpieczeństwa funduszy unijnych czy wspólne wartości. Chodzi raczej o brutalną politykę, o odsunięcie od władzy rządu, którego elity UE z wzajemnością nie lubią.  W tym punkcie Marcin KędzierskiMarek Migalski zgadzają się w zupełności.

Migalski ma jednak więcej nadziei co do tego, że fundusze zostaną uruchomione po przegranych przez PiS wyborach. Tę samą narrację długo już propagował Donald Tusk sugerujący na różne sposoby, że kiedy tylko zostanie premierem, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poprawi nasze relacje z zachodnimi partnerami. Gdyby jednak obecny lider opozycji był tak pewny swego, to w ogóle nie zgadzałby się na to, aby współpracować z rządem przy nowej ustawie o Sądzie Najwyższym. Tymczasem taką gotowość wyraził, zgłaszając przy tym trzy poprawki do projektu rządowego, które nie są jednak warunkami zaporowymi. Rząd zaś zwrócił się sam do opozycji słusznie zakładając, że Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry może nowego prawa nie poprzeć.

Niewykluczone, że ustawa na mocy porozumienia ponad podziałami przeszłaby, gdyby nie zapowiedź prezydenckiego weta. Andrzej Duda już raz próbował bowiem negocjacji z Komisją Europejską i srodze się na tym zawiódł. Argumenty wszystkich stron tego sporu są więc z pozoru dość jasne. Prezydent nie wierzy w trwały kompromis i nie widzi powodów, by jeszcze bardziej się w roku wyborczym kompromitować. Minister Sprawiedliwości też nie chce tracić twarzy. Premier Morawiecki liczy zaś na sukces, który napełni mu sondażowe żagle wiatrem i poprawi jego słabnąca pozycję w partii. Ciekawie robi się dopiero kiedy dochodzimy do kalkulacji Tuska.

Wydaje się, że Donald Tusk zakłada, iż jakaś opozycyjna koalicja pod jego przywództwem najpewniej wygra nawet jeśli Mateusz Morawiecki odnotuje sukces w negocjacjach z Komisją Europejską. PiS traci bowiem w sondażach, sytuacja gospodarcza jest trudna, a od 1989 żadna partia nie rządziła dłużej niż przez dwie kadencji. Kiedy opozycja zaś wygra już wybory, będzie potrzebowała pieniędzy. A pieniądze na Krajowy Plan odbudowy najłatwiej będzie odblokować teraz w porozumieniu z Morawieckim; a przynajmniej zacząć już ten proces.

Powód jest prosty. Berlin i Paryż same też są w coraz trudniejszej sytuacji gospodarczej, wręcz w kryzysie, a Polskę widzą jako peryferie, do tego peryferie niesforne, bo wiecznie spiskujące z USA, nieufne wobec koncepcji europejskiej autonomii strategicznej, niekwapiące się do strefy euro, a nawet prezentujące jakieś alternatywne wizje UE w której integracja jest może płytsza, ale za to łatwiej jest przyjąć nowych członków. W sytuacji kryzysu trzeba przecież oszczędzać, a już na pewno nie dzielić się zbyt hojnie z tak dziwacznym krajem i to bez względu na to kto tam akurat rządzi. Nowy post-pisowski rząd w Polsce owszem może zaś pójść na rękę zachodowi kontynentu w wielu punktach, nawet ze szkodą dla własnych interesów, nie może jednak zmienić położenia naszego kraju czy godzić się na oczywiste jednostronne wykorzystywanie, bo straci władzę.


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie

Coraz więcej działań krajów twardego jądra UE wskazuje jednak, że nie przejmują się one specjalnie tym jak są postrzegane w środkowo-europejskich hiperboreach. Wzorowa proeuropejskość centro- i socliberalnych rządów Rumunii (główna partia rządowa PLL wpisała sobie nawet unijne gwiazdki w logo) oraz Bułgarii nie przełożyła się po paru ładnych latach nawet na przyjęcie ich do strefy Schengen. A to przecież należy się tym członkom UE w sposób zdawałoby się oczywisty. Oficjalnie na drodze ich aspiracji stanęła malutka Austria, nieoficjalnie kilku innych graczy namówiło Austrię, aby zawetowała Schengen dla Rumunii i Bułgarii za nich.

To polityka może i krótkowzroczna, bo na dłuższą metę doprowadzi do rozpadu UE, ale też zimna i bezwzględna. W sytuacji głębokiego kryzysu nie dzielimy się niczym, wolny rynek tak, solidarność nie, będziemy grać na siebie, czyli na twarde jądro kontynentu. Obecnie dobra prasa jaką cieszy się Polska po przyjęciu milionów uchodźców z Ukrainy, oraz presja z Waszyngtonu daje jednak jakieś szanse na uruchomienie choć części funduszy z KPO jeśli tylko za kompromisem opowie się zarówno opozycja jak i rząd. Ta karta jednak słabnie w oczach. Za dziesięć miesięcy wszyscy będą zmęczeni wojną, jeśli się ona do tego czasu po prostu nie skończy, a decydenci w USA zostaną już trochę urobieni przez niemiecką dyplomację, która szczególnie dobrze dogaduje się tradycyjnie z progresywistami w administracji Bidena.

Wtedy zaś nawet jeśli do KPRM wjedzie Donald Tusk na białym koniu, to okazać się może, że nagle w jego relacjach z Brukselą też zaczną się mnożyć jakieś dziwne biurokratyczne trudności, że coś jakoś ciągle będzie przeszkadzać w uruchomieniu wcześniej zamrożonych funduszy. Jakąż zgrozą będzie wtedy dla wielu konstatacja, że w sporze z Komisję Europejską nie tylko nie chodziło o wartości, ale nawet nie chodziło tak bardzo o sam PiS. Nawet jeśli część z nas w Europie Środkowo-Wschodniej mówi o Zachodzie „my” to Zachód mówi o nas twardo „oni”, funkcjonalnie więc w jego oczach wszyscy jesteśmy PiSowcami.


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Michał Kuź
Michał Kuź
doktor nauk politycznych i publicysta, w latach 2018-21 również w służbie dyplomatycznej. Współpracował m.in. z „Nową Konfederacją”, „Pressjami” i „Rzeczpospolitą”, a obecnie jego eseje i analizy poza „Magazynem Kontra” ukazują się także w „Rzeczach Wspólnych” oraz „Teologii Politycznej co tydzień”. Absolwent Louisiana State University, pracuje jako wykładowca w anglojęzycznym programie International Relations na Uczelni Łazarskiego.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!