WARZECHA: …byś z uwagą słuchał słów obcych

Photo by Kyle Glenn on Unsplash

To, co ma obecnie pretensję uchodzić za debatę, jest tak skażone, że sprowadza się często do dwóch całkowicie ze sobą niepowiązanych, wykrzykiwanych jak najgłośniej monologów, których autorzy sięgają obficie po kolejne środki erystyczne ze spisu Schopenhauera. Nie wiedząc często nawet, że posługują się erystyką, tak jak pan Jourdin nie miał pojęcia, że mówi prozą.

Przydarzyła mi się niedawno historia, która być może nie powinna być dla mnie zaskoczeniem – lecz, jak się okazuje, nawet najbardziej stoickie podejście do świata nie gwarantuje, że takie zaskoczenia zdarzać się nie będą. Opublikowałem mianowicie w „Rzeczpospolitej” artykuł, analizujący perspektywę wygranej lub też przegranej Ukrainy w wojnie z Rosją. W tekście tym omawiałem esej ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Dmytro Kułeby, który w połowie czerwca ukazał się na portalu magazynu „Foreign Affairs”. Nie będę tutaj streszczał swojego wywodu – kto ciekaw, niech kliknie w link.

Dość, że wkrótce po tej publikacji zaatakował mnie na Twitterze szef dużego specjalistycznego portalu analitycznego. W swoim wpisie zrelacjonował jednak tezę, której ja nigdy nie stawiałem i nie postawiłem jej również w moim artykule. Ba, wyraziłem w nim wręcz zdanie przeciwne. Jak to możliwe?

Doszedłem do jedynego możliwego wniosku, że człowiek ów najzwyczajniej nie zrozumiał, co napisałem. Owszem, tamten fragment mojego tekstu nie był może prosty jak czytanka z „Elementarza” Falskich, ale też nie był jakoś szczególnie skomplikowany. Dla osoby czytającej, piszącej, przyzwyczajonej do przyswajania relatywnie nieco bardziej skomplikowanych treści powinien być całkowicie przejrzysty. A jednak.

Ten przypadek kazał mi się zastanowić nad strukturą i mechanizmami debaty, jaką dzisiaj da się w Polsce toczyć. Jakiej część toczymy również my tutaj, w Magazynie „Kontra”. Jest to niestety debata z różnych powodów głęboko wadliwa i potężnie ułomna. Gdyby zatrzymać się nad przywołanym przeze mnie przypadkiem – w grę wchodzi nie tylko słabnąca zdolność ogromnej części odbiorców do rozumienia treści nieco bardziej tylko złożonych niż te najprostsze, w standardzie mediów społecznościowych, ale też nakładające się na to uprzedzenia. Nie mam żadnych wątpliwości, że niezrozumienie mojej argumentacji z tekstu w „Rzeczpospolitej” miało swoje źródło również w przyjęciu przez oponenta apriorycznych założeń dotyczących mojego ogólnego stanowiska w sprawie wojny na Ukrainie. Oponent podszedł do mojego tekstu ze wstępnym założeniem, że znajdzie w nim nieodpowiadające mu treści, po czym to założenie uniemożliwiło mu – nakładając się zapewne na jakieś inne niedostatki – właściwe zrozumienie treści tego, co czytał.

To problem w zasadzie powszechny. I dla debaty skrajnie niszczący. Jedną z cech sensownego dialogu, który może doprowadzić do akceptowanych przez obie strony wniosków – nawet jeśli będzie nimi ustalona wspólnie lista rozbieżności co do jakichś interpretacji czy ocen – jest precyzja rozumienia i brak uprzedzeń. Na takich zasadach opierały się dialogi Platona, pierwowzór debaty w świecie zachodnim. Tylko kto dziś czyta „Gorgiasza” albo „Fedona”? Podejrzewam, że nawet studenci filozofii pozostają na etapie streszczenia.

To, co ma obecnie pretensję uchodzić za debatę, jest tak skażone, że sprowadza się często do dwóch całkowicie ze sobą niepowiązanych, wykrzykiwanych jak najgłośniej monologów, których autorzy sięgają obficie po kolejne środki erystyczne ze spisu Schopenhauera. Nie wiedząc często nawet, że posługują się erystyką, tak jak pan Jourdin nie miał pojęcia, że mówi prozą.


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie


Ileż to razy zdarza mi się, że czytając odpowiedzi na moje tłity – które z konieczności wynikającej z samego medium są przecież lakoniczne i, wydawałoby się, proste w odbiorze – muszę napisać: „Gdzie ja stwierdziłem, że…” – i tutaj cytuję to, z czym chce polemizować mój oponent. Tyle że w mojej wypowiedzi nic takiego nie padło. Zwykle dialog na tym moim pytaniu się kończy, ale czasem oponent odpowiada jeszcze: „Ja tak pana zrozumiałem”, a zdarza się i tak, że dodaje do tego pretensję o rzekomo nieprecyzyjne wyrażanie się. Otóż nie – problem nie leży w moim braku precyzji wyrażania się, ale w braku precyzji rozumienia tego, co zostało powiedziane lub napisane. Przyjęło się bowiem dyskutować nie z tym, co faktycznie padło, ale z tym, z czym dyskutować jest najwygodniej. To również jest, rzecz jasna, stary środek erystyczny, z tym że w dzisiejszych czasach nie jest już stosowany od przypadku do przypadku, lecz stał się w zasadzie normą. Do tego stopnia, że polemistę, który jest w stanie trzymać się dyscypliny dyskusji i nie sięga po rozszerzające, a tak naprawdę po prostu fałszywe interpretacje naszych stwierdzeń, wita się jak najlepszego przyjaciela i sprzymierzeńca.

Nie mam dużej nadziei, że może się to zmienić. Sam zresztą też nie jestem tu bez winy. Na bieżąco uczestnicząc w szybkich, skrótowych dyskusjach w sferze wirtualnej trudno czasem nie ulec pokusie posłużenia się tymi samymi środkami, którymi posługuje się zdecydowana większość. Biję się zatem w piersi.

Zastanawiając się natomiast nad przyczynami takiego stanu rzeczy – a bez wątpienia jest ich wiele – jako jedną z nich wskazuję bez wahania krach edukacji. Precyzja wyrażania myśli i poglądów, precyzja w odbiorze interlokutora, logika wypowiedzi, logika w ogóle – to są zagadnienia współczesnej szkole prawie nieznane. Ogromną luką w wykształceniu, przynajmniej tym teoretycznie wyższego poziomu, a więc co najmniej licealnym, jest brak edukacji klasycznej: łaciny, greki, najważniejszych tekstów zachodniej kultury w oryginale. Starożytne języki – w szczególności łacina – poprzez samą swoją konstrukcję wpajały zasady logicznego myślenia. Uczyły dokładności i staranności wyrażania się. Lecz cóż – poległy jako nieprzystające rzekomo do świata, w którym w lekkomyślny, nowomodny sposób odrzucono pamięciową naukę jako nienowoczesną. Odrzucono ją oczywiście tylko pozornie, bo młodzi ludzie zamiast nauczyć się na pamięć w oryginale fragmentów „O republice” Cycerona czy „Rozmyślań” Marka Aureliusza, będą wkuwać na sztywno pożądane odpowiedzi, jakich mają udzielić w testach na egzaminie ósmoklasisty albo na maturze.

Skoro już wspomniałem Marka Aureliusza, tego wielkiego cesarza stoika, to przytoczmy jeden niepozorny wers z jego „Rozmyślań”, z ich Księgi VI: „Przyzwyczajaj się do tego, byś z uwagą słuchał słów obcych, i o ile można, wnikaj w duszę mówiącego”.  


Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!