WARZECHA: Co jest na końcu drogi?

Photo by Karollyne Hubert on Unsplash

„Jeśli Europa i wolny świat przegra tę bitwę, przegra tę wojnę, nie będziemy już dłużej bezpieczni” – powiada Mateusz Morawiecki w rozmowie ze Sky News. Słowa o wygraniu wojny, pokonaniu Rosji, jej osłabieniu, przetrąceniu jej grzbietu, wybiciu zębów – jest wiele wersji – są powtarzane przez niezliczoną liczbę polityków, ekspertów i zwykłych ludzi na Zachodzie, a już szczególnie w Polsce. Jest tylko jeden mały problem: nikt nie tłumaczy, co to ma oznaczać.

W każdej politycznej grze – a ta wojna taką również jest – powinien być cel, do którego się zmierza. Po angielsku nazywa się to ładnie endgame. Innymi słowy – co właściwie chcemy, a także co realnie możemy osiągnąć. W tej rozgrywce można jednak odnieść wrażenie, że nikt tego nie wie.

Owszem, taki cel się pojawia oficjalnie po stronie ukraińskiej: całkowite wyparcie Rosjan z terytorium Ukrainy, a więc – można tak to rozumieć – włącznie z Krymem. Trudno, żeby wobec nastrojów społecznych w swoim kraju prezydent Zełeński mówił co innego. W Polsce pod wpływem jednostronnych, filtrowanych informacji i, powiedzmy sobie wprost, często propagandy można łatwo zapomnieć, że na Ukrainie toczy się wciąż normalne życie polityczne, więc prezydent Zełeński – który już jest atakowany m.in. za, zdaniem niektórych, zdradę obrońców Azowstalu – nie może sobie pozwolić na pójście wprost pod prąd społecznego sentymentu. A przecież musi sobie świetnie zdawać sprawę, że ta wersja celu maksimum jest niemal na pewno nie do zrealizowania. Ukraińcy bronią się naprawdę dzielnie, ale Rosja ma wciąż ogromne zasoby, przede wszystkim ludzkie, i tę przewagę, że nie musi się z nimi liczyć, bo taka jest jej natura. To państwo nigdy nie liczyło się z ludzkim życiem – i swoich wrogów, i samych Rosjan.

Sytuacja na wschodzie Ukrainy wcale nie jest optymistyczna. Opowieści o wypchnięciu Rosji z Donbasu brzmią coraz bardziej fantastycznie. Choć na Henry’ego Kissingera posypały się gromy po jego wystąpieniu na Forum Ekonomicznym w Davos, to wariant, o którym wspominał – wycofanie się Rosjan do stanu sprzed 24 lutego – zaczyna się wydawać wręcz korzystny. Ale też coraz trudniej osiągalny wobec bardzo powolnego, ale jednak niewątpliwego postępu Rosjan na wschodzie.

Ukraina niemal na pewno nie padnie. Ale też nie wygra tak, jak życzyliby sobie tego romantyczni idealiści. Plan maksimum jest nie do zrealizowania. Pozostaje zatem pytanie: co w takim razie? Co miałoby oznaczać „pokonanie Rosji”, względnie jej osłabienie? Słuchając niektórych zwolenników twardego kursu, można mieć wrażenie, że nie tylko za pożądany, ale też całkiem możliwy uważają jakiś wariant zniknięcia Rosji. Rosja ma zostać trwale odizolowana od świata, pognębiona i „zniknięta”. Nie bardzo tylko wiadomo, jak ma się to dokonać.

Wszystko to brzmi jak zaklinanie rzeczywistości. Jakkolwiek by nam się to nie podobało, państwa tak olbrzymiego jak Rosja, z taką ilością surowców naturalnych i taką liczbą ludzi nie da się wygumkować z mapy i udawać, że go nie ma. Bardzo jest też wątpliwe, czy uda się je rzucić na kolana, jak niektórzy sobie wyobrażają. Rosja była w końcu w stanie przetrwać nawet tak dramatyczne dla siebie momenty jak zbliżająca się do Moskwy ofensywa niemiecka w drugiej połowie 1941 r. – i to w warunkach najbardziej nieefektywnego, antyludzkiego systemu, jaki można sobie wyobrazić: komunizmu. Ogromna część Rosjan żyje w warunkach urągających ludzkiej godności i cywilizacji, ale to również oznacza, że nawet znaczące pogorszenie się sytuacji gospodarczej w kraju – nie mówiąc o działaniach takich jak wyjście z Rosji zachodnich sieciówek czy niedziałające karty kredytowe – nie zrobi na nich wrażenia.

Do czego w takim razie chcemy doprowadzić Rosję teraz? Do jakiego stanu? O jakich stratach finansowych mówimy? O jakich efektach politycznych czy społecznych? O jakiej sytuacji militarnej? Ale realnie, patrząc na to, co osiągnąć się da, a nie na to, co ładnie brzmi propagandowo.

Pora naprawdę zacząć egzekwować odpowiedzi na te pytania od tych, którzy domagają się, żebyśmy ponosili kolejne wyrzeczenia. Bo jeśli mamy je ponosić, to musimy wiedzieć, w imię dokładnie czego i co jest na końcu tej drogi.


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!