WARZECHA: Czas cenzury, czyli jednolity front opinii

Photo by Michael Dziedzic on Unsplash

Źle było już w czasach epidemii. Podczas wojny na Ukrainie jest dużo gorzej: z części mediów, poza okazjonalnie goszczonymi politykami z części opozycji, opinie dystansujące się od niemal powszechnie panujących i powielanych histerii, amoku i emocjonalności – są praktycznie nieobecne. Mamy do czynienia z faktyczną cenzurą przekazu, obejmującą znaczną część debaty publicznej.

Od razu uprzedzam: zapraszanie dyżurnego Janusza Korwin-Mikkego, „demaskującego” zbrodnie rosyjskie w Buczy jako ustawkę, nie jest zapewnieniem pluralizmu opinii. Korwin-Mikke jest wdzięcznym celem i jego obecność w niektórych mediach ma służyć wyłącznie łatwemu dyskredytowaniu każdego, kto nie oflagował się na niebiesko-żółto albo kto ośmiela się przedstawiać straty, jakie wynikną niechybnie dla Polski z przyjęcia jednostronnych sankcji na rosyjskie surowce. Oczywiście tych się już nie zaprasza, nie słucha i nie pokazuje, bo mogliby zakłócić przekaz zbyt racjonalną argumentacją. Wystarczyć ma Korwin ze swoimi prowokacjami.

Jeśli kiedykolwiek mieliśmy prawo obawiać się zglajszachtowania opinii oraz uciszenia niewygodnych głosów – to właśnie teraz. Pretekstem do takich poczynań zawsze były kwestie bezpieczeństwa, tak było podczas epidemii covid i tak jest teraz. Z tym że teraz posunięto się o krok dalej: głosiciele niepoprawnych opinii nie są już oskarżani o wykroczenia przeciwko „nauce”, lecz – jakkolwiek na razie jeszcze nie całkiem wprost – o zdradę. Czym innym bowiem są opowieści o ruskich onucach albo sugerowanie, że powiela się propagandę Kremla?

Przypomnieć trzeba, że choć cały Zachód, zwłaszcza Europa, znalazła się w stanie ostrego politycznego konfliktu z Moskwą, to jest to wciąż konflikt właśnie jedynie polityczny – i oby taki pozostał. Nie jesteśmy więc, jak chcieliby niektórzy, w stanie wojny. Stan wojny ma swoje specjalne prawa, uruchamiane wprowadzeniem stanu wyjątkowego lub wojennego. Wtedy formalnie zaczyna funkcjonować cenzura prewencyjna – w takich okolicznościach dopuszcza ją konstytucja oraz odpowiednie ustawy.

Ale my w takich okolicznościach nie jesteśmy! Jesteśmy w sytuacji, gdy mamy pełne prawo dyskutować o tym, jaką linię postępowania przyjąć, jak daleko się posunąć, co jest opłacalne, a co nie. Tymczasem nawet pojęcie opłacalności jest na cenzurowanym jako moralnie naganne. Kiedy ostatnio – lub kiedykolwiek – słyszeli państwo w głównych elektronicznych mediach dyskusję publicystów lub ekspertów o oczekiwanych zyskach lub spodziewanych problemach oraz kosztach przyjmowania ukraińskich uchodźców? Ja nie słyszałem wcale. Jeżeli w ogóle takie rozważania się pojawiają, to jedynie w ramach dyskusji przedstawicieli partii politycznych.

Dlatego właśnie, gdy pojawia się temat uchodźców (których wpuszczania do Polski nikt nie kwestionuje), nikt nie ma wiedzy o tym, jak mocno Polska wykracza poza zobowiązania, nałożone na nas przez dyrektywę UE z 2001 r. Nikt nie wie choćby o tym, że dyrektywa dopuszcza ograniczenie świadczeń socjalnych, udzielanych przez państwo przyjmujące uchodźców, wobec tych z nich, którzy mają wystarczające środki utrzymania. Dlatego też, gdy mowa jest o rezygnacji z rosyjskich surowców, jej fundamentem są wyłącznie skądinąd zrozumiałe emocje z powodu rosyjskich zbrodni na Ukrainie, ale już nie twarde liczby pokazujące na przykład (szacunki Komisji Europejskiej), że w tym roku Europa nie jest w stanie zastąpić 53 mld m sześciennych rosyjskiego gazu. Gdy przypomnieć, że cena ropy jest bardzo inflacjogennym czynnikiem, a wyższa inflacja (obecna i tak wynosi już prawie 11 proc.) to znaczące pogorszenie sytuacji zwłaszcza najuboższych Polaków (dwa miliony ludzi żyje w naszym kraju w skrajnym ubóstwie – to dane z października ubiegłego roku) – natychmiast dostaje się serię odpowiedzi według tego samego schematu: „Ile jest dla pana warte życie zamordowanego w Buczy dziecka?!”.

Tego typu emocja jest zrozumiała na poziomie zwykłego człowieka. Ale zadaniem kreatorów debaty powinno być pokazywanie przynajmniej, że nie jest to jedyne podejście i że poza sferą ludzkiego oburzenia, wściekłości i innych podobnych uczuć jest też sfera przewidywania konsekwencji, ważenia skutków, dostosowywania użytych środków tak, żeby bardziej nie zaszkodziły nam niż Rosji.

Najważniejsze elektroniczne media nie wypełniają tego ciążącego na nich obowiązku. I nie wypełniają go wręcz ostentacyjnie. Żeby jednak nie pozostawać przy jednoznacznie ponurym obrazie, muszę też stwierdzić, że pomimo drastycznej wręcz presji oraz moralnego szantażu bez precedensu w historii III RP wciąż są miejsca, gdzie panuje wolność dyskusji. Takie jest moje własne doświadczenie nie tylko z samego Magazynu Kontra albo mojej macierzystej redakcji „Do Rzeczy” (gdzie poziom pluralizmu jest być może najwyższy w polskich mediach drukowanych), ale także z mojej współpracy czy to z dziennikiem „Rzeczpospolita”, czy z portalem Onet, czy z innymi miejscami, gdzie wciąż nie wyrugowano niepoprawnych opinii. Na ekonomicznych stronach „Rzeczpospolitej” czy na portalu Businessinsider (własność Axel Springer) można znaleźć teksty pokazujące uczciwie ekonomiczną stronę wydarzeń. Wystarczy jedynie trochę poszukać.

Okoliczności wojenne były zawsze dobrym momentem dla ograniczania wolności, w tym wolności słowa. Podkreślam: okoliczności – nie sama wojna, bo udział w niej musi oznaczać znaczące ograniczenia swobód i co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Niektórym trzeba jednak chyba wciąż przypominać, że Polska z nikim wojny nie toczy. Na szczęście.


Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!