WARZECHA: Dlaczego nie będzie debaty przedwyborczej i dlaczego powinna być

Wyborcy PiS są tak głęboko przeświadczeni o bezwzględności swoich racji, że sugestię debaty między liderem PiS a Platformy uznają za zbędne legitymizowanie tego drugiego. To skutek retoryki skrajnej konfrontacji, która mówi o tym, że jeśli opozycja przejmie władzę, Polska się praktycznie zawali.

Wiele lat temu współprowadziłem (wraz z Grzegorzem Jankowskim, ówczesnym naczelnym „Faktu”) debatę między Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim. Panowie spotkali się w redakcji dziennika „Fakt”, w którym wtedy pracowałem. Uznali, że grunt jest wystarczająco neutralny z punktu widzenia każdego z nich, a prowadzący – czyli ja i Grzegorz – nie budzili ich wątpliwości. Było to jedno z moich najciekawszych i najcenniejszych doświadczeń dziennikarskich. Z dzisiejszego punktu widzenia wygląda, jakby wydarzyło się to w innym wymiarze.

Debaty Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem przed tymi wyborami najpewniej nie będzie, a zamiast debaty będziemy mieli wzajemne zrzucanie na siebie winy za jej brak. Nawet tego zresztą będzie niewiele, bo wygląda na to, że wszyscy się już pogodzili, iż żadnej tego typu konfrontacji nie będzie. Wystarczą nawalanki harcowników w programach publicystycznych oraz na Twitterze.

 

Może i lepiej, że debaty tych dwóch liderów nie będzie, bo utrwalałaby ona przekonanie – całkowicie błędne – że jedyny wybór, przed jakim staną głosujący tej jesieni, będzie pomiędzy formacjami reprezentowanymi przez tych dwóch panów.

Tu warto spojrzeć na bardzo ciekawy sondaż dla Wirtualnej Polski sprzed paru dni. Wynika z niego, że 70 proc. respondentów chce debaty Tusk-Kaczyński (choć szkoda, że nie zapytano o debatę liderów partyjnych w ogóle). Co ciekawe, wśród wyborców PiS 57 proc. debaty nie chce (reszta odpowiada „tak”). Natomiast debaty chce 91 proc. wyborców opozycji (bez zróżnicowania na partie). Wśród niezdecydowanych debaty chciałoby aż 99 proc.

Skąd takie różnice? Najpewniej wyborcy PiS są tak głęboko przeświadczeni o bezwzględności swoich racji, że sugestię debaty między liderem PiS a Platformy uznają za zbędne legitymizowanie tego drugiego. To skutek retoryki skrajnej konfrontacji, która mówi o tym, że jeśli opozycja przejmie władzę, Polska się praktycznie zawali. Z drugiej strony wyborcy opozycji, szczególnie KO, są pewni, że ich lider zmiótłby Jarosława Kaczyńskiego w debacie. Za tymi przekonaniami nie stoi zatem – jeśli moja teza jest prawidłowa – przeświadczenie, że debata się wyborcom przed wyborami należy, ale raczej nadzieja na skrajne pognębienie i zniszczenie przeciwnika. Obie strony wychodzą z założenia, że nie mamy tu do czynienia z rywalizacją dwóch, nawet skrajnie różnych, propozycji dla Polski, które warto porównać, ale z niemalże biblijną walką dobra ze złem. Debata nie jest widziana przez zdecydowaną większość jako sposób na otrzymanie dodatkowych informacji i danych, pozwalających podjąć racjonalną decyzję wyborczą, lecz jako jeszcze jedno narzędzie niszczenia przeciwnika. W jednym przypadku to niszczenie ma się odbywać poprzez udział w debacie, w drugim – poprzez odmowę stanięcia w szranki.

To jeszcze jeden przykład degeneracji polskiego życia publicznego. Debata powinna być jednym z oczywistych składników kampanii wyborczej w państwie, gdzie rywalizacja polityczna nie jest oparta na manichejskiej wizji zderzenia nieba i piekła.

 

Jasne, że w żadnej demokracji nie istnieje rzeczywistość idealna. Nigdzie nie jest tak, że debata jest zawsze stuprocentowo uczciwa, że wszyscy, a nawet większość wyborców w skupieniu analizuje jej treść i przebieg, a potem na tej podstawie podejmuje przemyślaną decyzję. W każdej debacie jest dużo teatru, a są i nieczyste chwyty. Mimo to, jeśli traktuje się ją jako obowiązkowy i oczywisty element kampanii, można jej nadać pewne trwałe i niezmienne formalne reguły, ograniczające różnego rodzaju szachrajstwa. Podobnie mogłoby to wyglądać w Polsce, gdzie wciąż znaleźliby się dziennikarze, którzy taką debatę mogliby poprowadzić bez bycia posądzonym o stronniczość, że wspomnę choćby o Bogdanie Rymanowskim, Beacie Lubeckiej czy Marcinie Zaborskim (to oczywiście tylko przykłady).

Na debatę się nie zanosi również dlatego, że politycy, którzy powinni do niej stanąć, nie szanują swoich wyborców. Przecież Donald Tusk odpowiedział twierdząco na propozycję Wirtualnej Polski i Onetu – skądinąd godną uwagi i ciekawą – tylko dlatego, że miał całkowitą pewność, że nie przystanie na nią Jarosław Kaczyński. Ten ostatni mógł w ostateczności oddelegować Mateusza Morawieckiego, na co z kolei Donald Tusk z pewnością stwierdziłby, że interesuje go tylko debata z liderem, a nie z byłym własnym doradcą.

 

Debata, zwłaszcza gdyby miała mieć jakikolwiek merytoryczny wymiar, musiałaby objąć zagadnienia w większości dzisiaj w kampanii pomijane. Musiałyby paść pytania o konkrety i nawet gdyby uczestnicy próbowali się wymigać, te pytania bez odpowiedzi mogłyby pozostać w pamięci części publiczności. Byłoby to zatem znaczące odejście od jakże wygodnego dla polityków gwałtu na rozumie, logice i dobrym smaku, który dziś dominuje w kampanii. Tak przepotężnego poziomu demagogii, szczególnie w relacji do faktycznych, ogromnych problemów i wyzwań, nie było chyba w III RP nigdy. Nawet jeśli mieliśmy już podobne stężenie populizmu, nasycenie beztreściowymi frazesami i manipulacjami, nigdy nie działo się to na tle tak groźnym pod tak wieloma względami jak teraz. Wojna na wschodzie, gigantyczne zadłużenie państwa, także z powodu zakupów uzbrojenia, sam kształt finansów i systemu podatkowego, zagrożenie dla wolności obywatelskich, miejsce Polski w kształtującym się na nowo ładzie międzynarodowym, polityka imigracyjna, polityka klimatyczna UE i jej skutki dla naszego kraju, demografia, kształt UE – to tylko kilka spośród najważniejszych spraw.

Przynajmniej część spośród nich musiałaby zostać jakoś w czasie debaty wspomniana, a przekonującej odpowiedzi ogromna część uczestników wyborczego spektaklu po prostu nie ma. Wolą częstować nas propagandowym bełkotem, obrażającym nas swoim prymitywizmem i zidioceniem.

Wspieram dobrą publicystykę

30% ( 1216 / 4000 zł )
Wspieram!

Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Gospodarz programów internetowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!