WARZECHA: Na Ukrainie, nie „w Ukrainie”, czyli o przegrzaniu

fot. Słownik Poprawnej Polszczyzny pod red. prof. Andrzeja Markowskiego

Na ulicach polskich miast pełno jest proukraińskich plakatów, napisów cyrylicą, wszyscy prezenterzy telewizyjni obowiązkowo od ponad miesiąca prowadzą programy z niebiesko-żółtymi wstążkami, a każdy, kto choćby zadaje pytania o politykę przyjmowania uchodźców zostaje natychmiast naznaczony jako ruska onuca.

„Zapytałem dziś znajomego Ukraińca, dodajmy – księdza, czy rzeczywiście robi mu różnicę, czy mówię »na« czy »w« Ukrainie. Odpowiedział, że i jemu i wielu innym tak, bo sformułowanie na Ukrainie jest postkolonialne. A skoro tak – to nie widzę powodu, by trzymać się formy »na«” – oznajmił na Twitterze Tomasz Terlikowski. Ta wypowiedź wywołała wiele kpin, ale przecież świeżo nawrócony na hołownizm-szostkiewiczyzm publicysta wpisał się tylko, i to nawet z pewnym opóźnieniem, w modny trend. Temu trendowi uległa większość mediów, przynajmniej jeśli chodzi o tekst pisany, bo oczywiście w mowie ogromna część osób publicznych nie jest w stanie dopilnować, żeby nie używać naturalnej i utrwalonej przez lata formy „na Ukrainie”.

Gdy zastanowimy się, skąd wziął się specyficzny przyimek „na” w związku z nazwami kilku państw (Litwa, Łotwa, Białoruś, Węgry, Słowacja, Ukraina), widać zależność historyczną: wszystkie te państwa jako niezależne kraje albo jako terytoria miały niegdyś bardzo bliski związek z Polską w sensie Korony: Węgry były skoligacone poprzez dynastię węgierskich Andegawenów; słowacki Spisz należał do Polski (w Lubowli Jerzy Sebastian Lubomirski, zresztą późniejszy przywódca antykrólewskiego rokoszu, witał powracającego z wygnania podczas szwedzkiej inwazji Jana Kazimierza, co pięknie opisuje Sienkiewicz w „Potopie”); Łotwa, czyli tereny dawnej Kurlandii, były polskim lennem; Ukraina była jako Ruś częścią naszego państwa, zaś gdyby do skutku doszła unia hadziacka z 1658 r. – miała szansę stać się jego trzecim równorzędnym członem jako Wielkie Księstwo Ruskie. Szkoda, nawiasem mówiąc, że się tak nie stało, zresztą z powodu zewnętrznych wpływów.

Forma z przyimkiem „na” nie zawsze była jedyną używaną. Adam Mickiewicz pisze w „Panu Tadeuszu” „w Litwie” 24 razy, a „na Litwie” – 18 razy.

Wprawdzie już wtenczas w Litwie nie było zwyczajem

Opędzać się od pozwów szablą lub nahajem […]

czy też:

Myślano długo w Litwie, że obu zabito:

Wrócili oba, każdy pokłuty jak sito.

Ale:

Bo na Litwie myśliwiec jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu […]

lub:

Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy nimi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckimi.

Przede wszystkim zaś podtytuł epopei: „Ostatni zajazd na Litwie”.

Jak widać, nasz wieszcz, choć przywiązany ogromnie do swojej litewskiej ojczyzny, najwyraźniej nie przydawał żadnemu z określeń ukrytego znaczenia, postponującego lub nie, i używał ich w pełni wymiennie, niemal tyle samo razy w narodowej epopei, jak mu akurat pasowało.

Mój „Słownik poprawnej polszczyzny” PWN z 2011 r. pod redakcją prof. Andrzeja Markowskiego stwierdza jednoznacznie: „Mieszkać na Ukrainie (nie: w Ukrainie). Jechać na Ukrainę (nie: do Ukrainy)”.

Forma z przyimkiem „w” brzmi całkowicie nienaturalnie. Co jednak najważniejsze – nigdy nie krył się za nią żaden pejoratywny podtekst, a już z pewnością nikomu normalnemu nie przyszłoby do głowy, żeby uznawać ją „postkolonialną”, już choćby dlatego, że Polska kolonii nigdy nie miała. Ruś Kijowska (zresztą z utraconym w 2. połowie XVII w. Kijowem) nie była żadną kolonią, podobnie jak kolonią nie były Inflanty czy polska część późniejszej Słowacji, wówczas niebędącej w ogóle odrębnym państwem. Wzmożenie, jakie obserwujemy wokół przyimka „w” zamiast „na” nie jest symptomem żadnej sprawiedliwości dziejowej, tylko wyjątkowo prymitywnym przejawem wyrosłej z kompleksów poprawności politycznej. Nie jest to absolutnie świadectwo żywotności języka, ponieważ zmiana nie dokonuje się oddolnie i naturalnie, ale jest wymuszana i zarządzana przez zakompleksioną elitę – dokładnie tam samo jak nacisk na rezygnację ze słowa „Murzyn” i podobne wykwity.

Pojawia się tu zresztą identyczny argument jak w przypadku „Murzyna”: rzekomo Murzyni nie życzą sobie być nazywani Murzynami, a Ukraińcy nie chcą, żeby mówić „na Ukrainie”. Pomijając fakt, że nikt nie pokazał żadnego sondażu na ten temat, trudno zgodzić się, żeby normy języka polskiego kształtowały czyjeś wydumane urazy czy wrażliwości, a już szczególnie, gdyby miały dotyczyć kogoś, kto po polsku nie mówi i Polakiem nie jest.

Najważniejsze w tej aferze przyimkowej jest jednak to, że jest ona symptomem przegrzania tematu. Jednym z wielu, ale bynajmniej niejedynym. Najbardziej zaangażowani zaczynają się domagać, żebyśmy zrezygnowali z tradycyjnych, polskich nazw ukraińskich miast. Radosław Sikorski oznajmił, że stara się mówić „Kijew” zamiast „Kijów”. Rozumiem, że konsekwentnie będzie mówił „Riwne” zamiast „Równe”, „Ternopil” zamiast „Tarnpol” czy „Żytomir” zamiast „Żytomierz”.

Niedawno zdarzyło mi się być w Bydgoszczy. Gdy wyszedłem na rynek tego pięknego miasta, uderzyło mnie, że na urzędzie miejskim wisiały ukraińskie flagi – i tylko ukraińskie. Owszem, na masztach przed urzędem obok flagi miejskiej oraz unijnej była i biało-czerwona. A jednak jej brak na samym budynku dawał po oczach. A nie jest to wyjątek. Tak udekorowano wiele publicznych miejsc w Polsce. Nie miałbym z tym problemu, gdyby niebiesko-żółtej towarzyszyła zawsze w odpowiednim porządku flaga Rzeczypospolitej. Ale tak niestety często nie jest.

Rzecznik polskiego MSZ, mówiąc o niedoszłej na szczęście „misji pokojowej NATO” stwierdził, że w tej sprawie Polska jest „sługą narodu ukraińskiego”. Była to wyjątkowo niezręczna wypowiedź, bo Polska powinna być sługą tylko i wyłącznie narodu polskiego. Znam Łukasza Jasinę od lat, więc nie podejrzewam go o żadne niecne zamiary. Jako filmoznawca nawiązywał po prostu do serialu „Sługa narodu” z Wołodymyrem Zełeńskim w roli głównej, ale też było to nawiązanie wyjątkowo nieudane.

Na ulicach polskich miast pełno jest proukraińskich plakatów, napisów cyrylicą, wszyscy prezenterzy telewizyjni obowiązkowo od ponad miesiąca prowadzą programy z niebiesko-żółtymi wstążkami, a każdy, kto choćby zadaje pytania o politykę przyjmowania uchodźców zostaje natychmiast naznaczony jako ruska onuca. Ci, którzy mogli być nastawieni maksymalnie proukraińsko – jak autor tego tekstu – nagle dowiadują się, że używając tradycyjnej i utrwalonej formy „na Ukrainie” popełniali zbrodnię kolonializmu, a kwestionując naszą bezgraniczną hojność wobec uchodźców chodzą na pasku Putina. I jeśli chcą się pokajać, to natychmiast powinni zacząć używać przyimka „w” zamiast „na”, a pytań nie zadawać. Tak właśnie przegrzewa się temat.

Syndrom przegrzania za rządów PiS wystąpił już w kilku sprawach. Na przykład gdy Ministerstwem Obrony Narodowej kierował Antoni Macierewicz, zrobiono to z tematem podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej, czyli żołnierzy wyklętych. Nachalne wciskanie tego wątku do każdej możliwej oficjalnej uroczystości całkowicie pozbawiło go spontaniczności. Z tematu podejmowanego z potrzeby serca oddolnie przez zaangażowanych społeczników stał się nudnym tematem oficjałek, zrażając do siebie dużą część młodego pokolenia – i tego nie da się łatwo odkręcić (całkiem inną sprawą jest, czy w ogóle powinien to być wzór dla młodych ludzi – ale to temat na osobny tekst).

Kwestii ukraińskiej grozi to samo: najpierw pojawi się znużenie – i ten etap już się chyba zaczął – a następnie postępująca irytacja, wspomagana innymi czynnikami, głównie konsekwencjami ekonomicznymi. Będzie też postępować rozziew pomiędzy elitą, która w Polsce zjawiska przegrzania kompletnie nie rozumie, a zwykłymi odbiorcami. Znamy to doskonale: wkrótce elity zaczną pomstować na ciemny lud, który nie wytrwa we wzmożeniu, przy czym lud będzie z punktu klasyfikowany jako ruskie onuce.

To jest tak przejrzyste i oczywiste, że doprawdy trudno pojąć, jak to możliwe, że ludzie wydawałoby się jednak względnie inteligentni, tworzący polską elitę po obu stronach politycznej barykady, nie umieją tego zjawiska przewidzieć i pojąć, jakie będzie miało skutki. A może jednak moja ocena ich inteligencji jest przesadzona?


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!