WARZECHA: Pułkownik Saito chwali Mariusza Kamińskiego

https://twitter.com/MSWiA_GOV_PL

Gdyby międzynarodowe konwencje miały chronić tylko tych, z którymi się zgadzamy, których darzymy sympatią i którzy są naszymi sprzymierzeńcami – właściwie nie byłyby potrzebne. Jednak ich rolą jest chronić właśnie tych, którzy są naszymi wrogami, a nawet zachowują się bestialsko. Ba, ci powinni być nawet bardziej chronieni, bo ochrona, którą im dajemy, jest wówczas świadectwem naszej cywilizacyjnej przynależności. Tym bardziej jest ich świadectwem, im bardziej wymaga od nas pohamowania naszych emocji i zmuszenia się do cywilizowanego postępowania.

Jednym z moich ulubionych filmów – a także niewątpliwych arcydzieł światowego kina – jest „Most na rzece Kwai” Davida Leana z 1957 r. według powieści Pierre’a Boulle’a. W piekle azjatyckiej dżungli w środku wojny zderzają się trzy porządki etyczne: japoński, z kodeksem Bushido, reprezentowany przez komendanta obozu jenieckiego pułkownika Saito (Sessue Hayakawa); zachodni, reprezentowany przez podpułkownika Nicholsona (absolutnie genialny Alec Guiness); nihilistyczno-egoistyczny, reprezentowany przez Amerykanina, majora Shearsa (William Holden). Jedna z najsłynniejszych scen w historii kina to ta, gdy do zagubionego w gęstwinie obozu, pełnego zniechęconych, wyniszczonych, ledwo wegetujących i gnuśniejących zarazem jeńców, wmaszerowuje kompania Nicholsona, gwiżdżąc „Marsz Pułkownika Bogeya” (który dzięki filmowi zdobył ogromną popularność, a który został skomponowany jeszcze w 1914 r.). Ludzie pułkownika Nicholsona są obszarpani, ich buty się rozpadają, mundury są w strzępach, są wyczerpani – ale maszerują w idealnym porządku. Ten moment zawsze mnie porusza – to wtedy dopiero pułkownik Saito dostaje godnego siebie przeciwnika.

Wkrótce pomiędzy brytyjskim dowódcą a japońskim komendantem obozu dochodzi do spięcia. Pułkownik Saito, który musi zbudować na czas ważną przeprawę przez rzekę Kwai, ogłasza, że przy budowie będą pracować wszyscy jeńcy – z oficerami włącznie. Wówczas Nicholson wyciąga z kieszeni bardzo zużyty egzemplarz Konwencji Genewskiej z 1929 r. dotyczącej traktowania jeńców wojennych (po II wojnie światowej zastąpiła ją konwencja z 1949 r.), podpisanej zresztą również przez Japonię, i powołuje się na jej artykuł 27. Mówi on (w oryginalnym polskim przekładzie): „Strony wojujące będą mogły używać zdrowych jeńców wojennych, jako pracowników według ich rang i zdolności, z wyjątkiem oficerów i równorzędnych”.

Pułkownik Saito prosi, aby Nicholson dał mu broszurę do ręki, po czym rzuca ją na ziemię i wrzeszczy: „Konwencja? Konwencja tchórzy!”. Nicholson twardo obstaje przy swoim, w związku z czym zostaje na kilka dni zamknięty w maleńkiej, wystawionej na pełne słońce, blaszanej komórce. Nie ulega jednak i ostatecznie zwycięża – Saito musi odpuścić pracę oficerów. Co zresztą okazuje się dobrym rozwiązaniem, bo oficerowie są znacznie cenniejsi jako kierownicy i koordynatorzy.

Saito uznał, że jeśli żołnierze się poddali, to nie są godni żadnej ochrony, bo się zhańbili. Zdaniem Japończyka przysługujące im prawa zależą od ich postawy. Nie są uniwersalne i niewzruszalne niezależnie od okoliczności. Całkiem inaczej widzi to Nicholson.

Co ma wspólnego incydent z 9 maja, gdy ukraińska prowokatorka (można chyba już całkiem zasadnie używać tego określenia) oblała czerwoną farbą ambasadora Federacji Rosyjskiej, składającego kwiaty pod pomnikiem sowieckich żołnierzy, ze sceną z filmu Leana? Bardzo wiele. A ściśle rzecz biorąc – wiele wspólnego ma nie tyle sam incydent, co nawała bezrozumnej, mściwej satysfakcji z tego, co się w Warszawie stało. Niestety, z udziałem ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego.

Ambasadora Andriejewa chroniła Konwencja Wiedeńska z 1961 r. Jej artykuł 29. powiada: „Osoba przedstawiciela dyplomatycznego jest nietykalna. Nie podlega on aresztowaniu ani zatrzymaniu w żadnej formie. Państwo przyjmujące będzie traktować go z należytym szacunkiem i przedsięweźmie wszelkie odpowiednie kroki, aby zapobiec wszelkiemu zamachowi na jego osobę, wolność lub godność”. To tylko współczesne odbicie zasady sięgającej głębokiej starożytności, której ślad pojawia się już u Homera (Priam odwiedzający potajemnie Achillesa, aby wybłagać zwrot zwłok swojego syna Hektora): posłaniec, poseł, przedstawiciel innego plemienia, miasta, państwa, narodu, parlamentariusz, dyplomata, konsul, ambasador – jest nietykalny, choćby przybywał w najgorszych okolicznościach i reprezentował najbardziej znienawidzonego przeciwnika. To jedna z najstarszych, najbardziej podstawowych, najgłębiej zakorzenionych, absolutnie fundamentalnych w zachodniej kulturze zasad. Ten, kto ją narusza, sam wypisuje się z naszej cywilizacji.

Owszem, takie przypadki się zdarzały. Przypomnę jeden, związany z wydarzeniami, które niektórzy chcieliby dzisiaj uznać za niebyłe. Wydarzyło się to nocą z 10 na 11 lipca 1943 r. W apogeum rzezi wołyńskiej. 28-letni Zygmunt Rumel, podporucznik Batalionów Chłopskich i zdolny poeta, został wyznaczony przez pełnomocnika rządu RP na uchodźstwie do przeprowadzenia rozmów z przedstawicielami UPA, mających na celu powstrzymanie mordów na Polakach. Rumel wraz z dwoma towarzyszami pojechali na spotkanie bez obstawy. Miał to być gest dobrej woli, ale też tę decyzję wspierało wspomniane przekonanie, że jako parlamentariusze są przecież nietykalni. Że ta zasada obowiązuje nawet w najstraszniejszych, najbardziej ekstremalnych okolicznościach. I że rozumie ją każdy.

Wszystkich trzech przedstawicieli strony polskiej Ukraińcy zamordowali. Według najpopularniejszej wersji zrobili to poprzez rozerwanie końmi żywcem. Gdybyśmy przyjęli logikę pułkownika Saito oraz polskich obrońców ataku na rosyjskiego ambasadora – w zasadzie mogli to uczynić. Przecież traktowali Polaków jako śmiertelnych wrogów.

Ci, którzy dzisiaj pochwalają złamanie wobec Konwencji Wiedeńskiej, którzy piszą, że Rosjaninowi się należało, że bardzo mu tak dobrze, a już zwłaszcza ci twierdzący, że skoro Rosja nie przestrzega na Ukrainie żadnych konwencji, to i my nie musimy ich przestrzegać wobec Rosjan – oni wszyscy nie widzą najwyraźniej, że stają po stronie morderców Zygmunta Rumela.

Gdyby międzynarodowe konwencje miały chronić tylko tych, z którymi się zgadzamy, których darzymy sympatią i którzy są naszymi sprzymierzeńcami – właściwie nie byłyby potrzebne. Jednak ich rolą jest chronić właśnie tych, którzy są naszymi wrogami, a nawet zachowują się bestialsko. Ba, ci powinni być nawet bardziej chronieni, bo ochrona, którą im dajemy, jest wówczas świadectwem naszej cywilizacyjnej przynależności. Tym bardziej jest ich świadectwem, im bardziej wymaga od nas pohamowania naszych emocji i zmuszenia się do cywilizowanego postępowania.

Tak przynależności do Zachodu dowodzili w piękny sposób choćby powstańcy warszawscy, którzy nie tylko nie zabijali pod murem branych do niewoli Niemców, ale nawet – zgodnie zresztą z literą konwencji właśnie – udzielali im pomocy medycznej. A przecież Niemcy mordowali branych do niewoli Polaków bez ceregieli, a zatem – zdaniem obrońców ukraińskiej prowokatorki – sami również powinni być mordowani. Zgodnie z zasadą, będącą podstawą azjatyckiego, turańskiego, nie zachodniego myślenia: zrób wrogowi to samo, co on robi tobie, a nawet gorzej. I nie przejmuj się oczywiście żadnymi konwencjami czy przepisami.

Lecz konsekwencje sposobu myślenia pochwalających atak na rosyjskiego ambasadora – jeśli w ogóle o myśleniu można tutaj mówić, bo wydaje się, że często mamy do czynienia z najczystszą emocją i niczym ponadto – idą znacznie dalej niż tylko kwestia konwencji, chroniących dyplomatów czy jeńców. U publiki wielokrotnie pojawiał się odruch, który być może jest naturalny, ale też w swojej istocie jest po prostu barbarzyński. To przekonanie, że „złym ludziom” żadne prawa nie powinny przysługiwać. Ambasador Andriejew nie powinien być chroniony żadnymi konwencjami, bo reprezentuje zbrodnicze państwo i jest w ogóle wredny. Wojciech Olszański może gnić w areszcie tymczasowym, bo jest wulgarny, wygłasza antysemickie teksty i go nie lubimy. Sędziów, którzy brali udział w wypadku, w którym ktoś poniósł śmierć, można od razu nazwać drogowymi mordercami, bo są ze znienawidzonej kasty, więc są winni a priori. I tak dalej, i tak dalej.

W przypadku incydentu z 9 maja, w którym nie tylko naruszono art. 29. Konwencji Wiedeńskiej, lecz również wypełniono przesłanki art. 136 kodeksu karnego, szczególnie wstrząsające jest, że po stronie „barbarzyńców” postanowił się ustawić szef resortu spraw wewnętrznych. Mariusz Kamiński de facto usprawiedliwił atakujących rosyjskiego ambasadora, pisząc na Twitterze: „Zgromadzenie przeciwników rosyjskiej agresji na Ukrainę, gdzie każdego dnia dochodzi do zbrodni ludobójstwa było legalne. Emocje ukraińskich kobiet, biorących udział w manifestacji, których mężowie dzielnie walczą w obronie ojczyzny są zrozumiałe”. To porażający wpis. Przedstawiciel polskiego państwa – w dodatku kierujący resortem odpowiedzialnym za porządek publiczny – niemal otwarcie pochwala naruszanie tego porządku, ponieważ jego celem stał się ktoś, kto jego zdaniem na ochronę nie zasługuje. (Pomijam tu kwestię asocjacji sprawczyni ataku, nota bene zdaje się do dziś nie zatrzymanej, które mogłyby wskazywać, że mieliśmy do czynienia z regularną prowokacją.) Ta ordynarna relatywizacja zasad, które powinny działać zawsze i dotyczyć wszystkich, prowadzi do konkluzji, że „emocje” usprawiedliwiają każdy akt agresji. Nie ma przecież powodu, żeby jedyną osobą orzekającą, które emocje są „zrozumiałe”, a które nie są, był minister Kamiński. Jeśli zatem ktoś teraz „w emocjach” obleje farbą Jarosława Kaczyńskiego, również powinno to być dla szefa MSWiA „zrozumiałe”.

Oczywiście wiadomo, że sam minister Kamiński uważa, iż to tylko on i jego strona mają prawo oceniać jedne czyny i emocje jako zrozumiałe, a inne potępiać, a co za tym idzie – te pierwsze wybaczać, a za te drugie karać. W tej sytuacji prawa przysługujące danemu podmiotowi są zależne od tego, jak ten podmiot postępuje, a nawet gorzej: od tego, jak jego postepowanie ocenia władza czy tłum. Znamy to. Znamy to doskonale jako standardy, które do Polski przychodziły zza wschodniej granicy. Walcząc z Rosją, zamierzamy naprawdę czerpać wzorce z jej postępowania i z cywilizacji turańskiej?


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!