WARZECHA: Thomas Malthus pozdrawia panią von der Leyen i pana Kaczyńskiego

Photo by Rodion Kutsaev on Unsplash

Pytanie brzmi teraz, czy Europejczycy dadzą sobie wmówić, że rozwiązaniem zagadnienia jest to, co nim wcale nie jest. Nie jest rozwiązaniem kryzysu energetycznego kąpanie się raz w tygodniu w zimnej wodzie, rezygnacja z używania zmywarki do naczyń albo siedzenie zimą w 15 stopniach. To cywilizacyjna degradacja.

Pastor Thomas Malthus, angielski ekonomista żyjący na przełomie XVIII i XIX w., uznał, że ziemia nie będzie w stanie wyżywić wciąż rosnącej liczby swoich mieszkańców. Co zatem trzeba zrobić? Malthus, jak to by określili współcześni psychologowie, pomyślał lateralnie, czyli poszukał rozwiązania poza głównym nurtem. Zamiast zastanawiać się, jak zwiększyć plony i wydajność hodowli, natężył myśl niczym Pomysłowy Dobromir, kultowa żółta piłeczka odbiła mu się kilka razy o czaszkę, po czym zakrzyknął: „Juhuuuu! Już wiem: musi być mniej ludzi i wszystko się zepnie!”. Stąd apele Malthusa, aby nie wspomagać biedniejszych warstw społecznych – niech sobie giną, jest ich i tak za dużo.

Dzisiaj Malthus ma wybitnych następców w postaci zwolenników radykalnej ideologii klimatystycznej i degrowth, czyli zwijania się zamiast rozwoju. Malthus był pewnikiem przeświadczony, że oto znalazł rozwiązanie potężnego problemu. Potem okazało się jednak, że leży ono w całkiem innym miejscu i zamiast myślenia lateralnego należało zastosować najprostsze rozumowanie: nie trzeba ograniczać liczby ludzi na świecie, ponieważ w rolnictwie da się zrobić rzeczy niegdyś niewyobrażalne dla zwiększenia jego wydajności.

Czy jednak faktycznie Malthus znalazł rozwiązanie problemu, tyle że gorsze z punktu widzenia ludzkości, gdyż zakładające, że część tej ludzkości ma nie dojść do skutku lub pożegnać się z tym światem w trybie przyspieszonym? Zanim odpowiemy na to pytanie, weźmy prostszy przykład. Załóżmy, że schodzimy rano do samochodu, żeby pojechać do pracy. Wsiadamy, naciskamy przycisk, rozrusznik się kręci i – nic. Silnik nie odpala. Powstał zatem problem, polegający na tym, że nie możemy uruchomić naszego pojazdu. Ten problem musi mieć swoją przyczynę. Aby ją znaleźć, eliminujemy najpierw te najoczywistsze kwestie: sprawdzamy poziom paliwa, patrzymy, czy nam przypadkiem jakiś gryzoń nie przegryzł kabli, weryfikujemy stan akumulatora. Jeśli tu wszystko gra, trzeba auto powierzyć mechanikowi, bo sami najpewniej powodu jego niesprawności nie określimy. Gdy mechanik ją znajdzie i naprawi usterkę, problem zostanie faktycznie rozwiązany, czyli będziemy mogli znowu korzystać z naszego pojazdu.

Tymczasem co zaproponowałby ktoś przyjmujący sposób myślenia Malthusa? Pozbądź się pan samochodu i ruszaj z buta albo na rowerku! Czy problem zostaje w ten sposób rozwiązany? Pozornie – tak, bo przecież jeśli pozbędziemy się samochodu, to nie będziemy mieć kłopotu z niemożliwością odpalenia jego silnika. Na tej samej zasadzie jak osoba nieposiadająca domu nie ma problemu z przeciekającym dachem, a osoba bezdzietna – z wpadnięciem potomstwa w złe towarzystwo w trudnym okresie dojrzewania. I tak samo można by właścicielowi domu z przeciekającą powałą poradzić, żeby wyprowadził się pod most, a sfrustrowanemu rodzicowi – żeby wypędził pociechę na cztery wiatry. Jasne jest jednak, że nie jest to prawdziwe rozwiązanie problemu. Pozbywamy się go bowiem razem z tym, co przynosiło nam korzyść, radość, na zatrzymaniu czego i z czego korzystaniu wciąż nam zależało.

Identyczny schemat myślowy stosują nawiedzeńcy, głoszący antysamochodowy kult Jedynie Racjonalnej Urbanistyki: rozwiązaniem problemów wynikających ich zdaniem z upowszechnienia indywidualnej motoryzacji ma być likwidacja tejże motoryzacji. Są korki? Zlikwidujmy ulice, to nie korki nie będą miały gdzie się robić. A przy okazji zlikwidujmy samochody, to nie będzie miał kto ich tworzyć. Genialne!


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie


Spójrzmy teraz na sposoby, jakie proponują nam dzisiaj politycy w związku z kryzysem energetycznym – nie tylko w Polsce. Radą na braki gazu ma być zafundowanie sobie braku gazu we własnym kraju, a potem domu czy firmie, ewentualnie radykalne ograniczenie korzystania z niego. Najskrajniejszą postać przybrały te plany jak na razie we Włoszech i Szwajcarii, gdzie obywatele, którzy swoje domy ogrzewają gazem, mają być dotkliwie karani za nadmierną temperaturę – powyżej 19 stopni (nie wiem, jak Państwo, ale ja nie jestem w stanie pracować normalnie, mając w pokoju mniej niż 21 stopni). Radą z kolei na wysokie ceny prądu i jego ewentualne braki ma być to, co politycy eufemistycznie nazywają zachętami do oszczędzania, a co tak naprawdę jest presją na obniżenie poziomu życia, bo jeśli przyjąć kryteria, jakie w Polsce zapowiada władza (horrendalnie drogi prąd powyżej 2 tys. kWh godzin rocznego zużycia), nie ma szans, żeby w tym przedziale zmieściła się ogromna część gospodarstw domowych, w których na prądzie się gotuje, gdzie jest więcej niż jedno dziecko albo gdzie w grę wchodzi dom, a nie mieszkanie.

Politycy zachowują się zatem jak Malthus. Nie oferują nam tak naprawdę żadnego rozwiązania. Oferują nam, mówiąc językiem kolokwialnym, wylanie dziecka z kąpielą. Można rzec, stosując reductio ad absurdum, że przyjmując ich sposób argumentacji problem zostałby całkowicie rozwiązany, gdybyśmy w ogóle zakręcili sobie gaz i wyłączyli prąd, po czym wynieśli się do ziemianek.

 

Pytanie brzmi teraz, czy Europejczycy dadzą sobie wmówić, że rozwiązaniem zagadnienia jest to, co nim wcale nie jest. Nie jest rozwiązaniem kryzysu energetycznego kąpanie się raz w tygodniu w zimnej wodzie, rezygnacja z używania zmywarki do naczyń albo siedzenie zimą w 15 stopniach. To cywilizacyjna degradacja.

Mam zatem nadzieję, że ta wielka socjotechniczna operacja się nie powiedzie, bo gdyby się tak stało, byłby to wstęp do kolejnych, o coraz dalej idących skutkach, w których nie będzie już chodziło o teoretycznie chwilowe problemy, takie jakich teraz doświadczamy w związku z kryzysem energetycznym, ale o kwestie trwałe i związane przede wszystkim z klimatystyczną religią. A pamiętajmy, że zdaniem wcale niemałego odłamu klimatystycznych fanatyków podstawową przyczyną problemów naszej planety nie są samochody spalinowe, samoloty czy puszczające bąki krowy, ale istnienie człowieka w ogóle. Thomas Malthus uśmiecha się złośliwie z zaświatów.


Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!