WARZECHA: Unijna katastrofa, czyli powrót do Lizbony

Photo by Markus Spiske on Unsplash

Przy całej tromtadracji o obronie naszej suwerenności, nieoddawaniu ani guzika i chronieniu naszych interesów, polityka unijna rządu „suwerennościowego” okazuje się dzisiaj skumulowaną katastrofą.

Pamiętam dobrze spory o zaakceptowanie traktatu lizbońskiego. Nie tylko dlatego, że wówczas jako publicysta opowiadałem się zdecydowanie za tym, żeby twardo stać w obronie rozwiązania nicejskiego, dającego Polsce znacznie większą siłę głosu w Radzie UE, lub przynajmniej walczyć o alternatywny system pierwiastkowy (pomysł polskich tzw. szerpów). Także dlatego, że w 2010 r. miałem okazję pytać o tę sprawę prezydenta Lecha Kaczyńskiego podczas pracy nad książką, która potem – niedokończona – ukazała się pod tytułem „Ostatni wywiad”. Sprawa traktatu lizbońskiego, przy okazji którego – jak to widział Lech Kaczyński – „zdradziła” go część jego doradców, forsując sprzeciw, była dla zmarłego cztery dni po naszej ostatniej rozmowie prezydenta wyjątkowo drażliwa. Gdy przystępowaliśmy do pracy nad książką, współpracownicy Lecha Kaczyńskiego wyrażali nawet obawy, czy do rozmów w ogóle dojdzie, właśnie ze względu na wyczulenie głowy państwa na tamtą kwestię, której przecież nie mogliśmy pominąć. Lech Kaczyński nie miał z tym jednak problemu. Rozmowę o traktacie zdążyliśmy jeszcze odbyć, jest w książce i Lech Kaczyński, dociskany przeze mnie, bronił swojej ówczesnej decyzji.

Mówił o czasie bezpośrednio po uzgodnieniu traktatu:

Myślałem, że weszliśmy na inny poziom polityki europejskiej, że będziemy naprawdę liczącym się państwem. Jednym słowem – uważałem, że jesteśmy na bardzo dobrej drodze. A później, w ciągu paru dni, zaczęły się ataki na rezultat szczytu, przede wszystkim na łamach „Rzeczpospolitej”. Niektórzy dziennikarze zaczęli zmieniać zdanie i od chwalenia przeszli do krytyki. Nastąpiły jakieś dziwne ruchy w środowisku, które być może pan zna lepiej ode mnie. Zaczęto się przyczepiać, że rzekomo nie został ostatecznie załatwiony mechanizm z Joaniny – a było przecież wiadomo, że ta sprawa zostanie dograna w Lizbonie. I tak się stało. Czułem się w tej sytuacji fatalnie: wszyscy w Europie uważali, że to było wielkie zwycięstwo, że Polska jest największym wygranym, a tutaj opinia była zgoła odmienna. Zostaliśmy uznani za pokonanych we własnym kraju, i to nie przez środowiska wrogie, tylko te, które nam teoretycznie sprzyjały.

Uważałem zgodę na traktat lizboński za fundamentalny błąd już wtedy, a dzisiaj nie tylko sądzę, że miałem rację, ale nawet więcej: uważam, że właśnie teraz dopiero widać, jak bardzo rację mieli wszyscy przeciwnicy pójścia na kompromis, który w istocie żadnych kompromisem nie był. Był degradacją polskiej pozycji już na samym wstępie naszej obecności w UE. Z dramatycznymi konsekwencjami widocznymi dzisiaj. Z kolei umieszczone w mojej książce deklaracje zmarłego tragicznie prezydenta o rzekomym wielkim zwycięstwie i wejściu Polski na nowy poziom obecności w UE brzmią z dzisiejszego punktu widzenia skrajnie naiwnie. Czas zweryfikował je boleśnie.

Przypomnę, jak argumentował wtedy pan prezydent (choć pamiętajmy, że była to wspólna decyzja jego i jego brata, który dzisiaj stara się o niej w ogóle nie wspominać). Otóż Lech Kaczyński mówił, że Polska nie może sama blokować ratyfikacji traktatu, a poza tym do momentu, gdy ostatecznie w życie wejdą jego postanowienia, do 2017 r. łagodzone tak zwanym kompromisem z Janiny (ustalenia z roku 1994), wiele się w Unii może zmienić. Kompromis z Janiny nie pozwalał zresztą na zablokowanie decyzji, a jedynie na jej odwlekanie.

Jak widać, w Unii faktycznie wiele się zmieniło, ale niestety na naszą niekorzyść. Patrząc z dzisiejszej perspektywy na tamten czas, możemy zadać sobie pytanie: jak to się stało, że znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy? A gdzie właściwie? Można odnieść wrażenie, że uparcie unikamy opisu sytuacji. A już na pewno unikają go główni jej architekci.

Sprowadzając rzecz do możliwie najbardziej lakonicznej formy, wskazać można kilka głównych wątków.

Po pierwsze – Unia posunęła się bardzo daleko na drodze swojej szaleńczej polityki klimatycznej. Czy może raczej: szaleńczej tylko z pozoru lub też szaleńczej częściowo. Jeśli spojrzeć na nią ze sceptycznego punktu widzenia, widać to, co wielokrotnie obszernie już analizowałem i opisywałem: w oparciu o bardzo chwiejne, niepewne, hipotetyczne szacunki zaprojektowano plan, którego skutkiem – co zresztą główni animatorzy tego trendu z Fransem Timmermansem na czele przyznają – musi być dramatyczne i przymusowe przeoranie dotychczasowego sposobu życia setek milionów Europejczyków, a w przypadku wielu z nich – koszmarne wręcz obniżenie jego poziomu. To plan dla Polski, naszej gospodarki i naszej konkurencyjności zabójczy, wdrażany z przerażającą bezwzględnością. Wygląda to zatem na szaleństwo, ale przecież często bywa tak, że coś, co takie właśnie wrażenie sprawia, szaleństwem w istocie wcale nie jest. A w każdym razie nie jest nim na głębszym poziomie. Bo na tym głębszym poziomie, niedostrzegalnym dla większości zwykłych obserwatorów, mamy do czynienia z normalną grą interesów, w której ktoś przegrywa, a ktoś wygrywa.

Nadmiernym uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że polityka klimatyczna UE miała po prostu służyć Niemcom do realizacji ich celów gospodarczych, choć niewątpliwie Niemcy by na niej zyskali i faktycznie są jednym z najsilniejszych zwolenników tejże. Załatwiają za jej pomocą część swoich interesów. Trzeba jednak też zwrócić uwagę, że nawet w Niemczech niektóre sektory przemysłu wyrażały wątpliwości i wyrażają je nadal. To dotyczy choćby przemysłu motoryzacyjnego, buntującego się jednak przeciwko planom wygaszenia motoryzacji spalinowej już za kilkanaście lat. Układanka nie jest więc aż tak prosta i oczywista.

Faktem bezsprzecznym jest natomiast, że Polska na tej polityce straci olbrzymie pieniądze oraz – to równie bezsprzeczne – że Warszawa godziła się w zasadzie bez oporu na jej kolejne elementy: podwyższenie celów redukcji CO2 i Fit For 55 czy zamykanie górnictwa nie z powodu nieopłacalności produkcji, ale dlatego, że Unia uznała, iż węgiel należy wyeliminować.

Po drugie – nie udało się w żaden sposób zmienić Unii od wewnątrz, co, jak się zdaje, było nadzieją obecnej władzy. Dzisiaj widać, jak bardzo nierealistyczną. Polska pod rządami partii, która przez cały czas deklarowała, że jest sceptyczna wobec obecnego kursu UE, nie była w stanie nie tylko stworzyć koalicji dążącej do zmiany tego kursu – takie nadzieje opierały się głównie na sojuszu z Wielką Brytanią, która z UE się wymiksowała – lecz również nie potrafiła przedstawić spójnego, własnego, alternatywnego programu. Wszystko kończyło się na negacji, zresztą konstruowanej głównie na użytek krajowy. Pozytywna koncepcja kończyła się na wiecowych ogólnikach.

Jedyną próbą poważniejszego podejścia do sprawy było spotkanie sił politycznych, skupionych na zachowaniu większego zakresu suwerenności państw członkowskich, które odbyło się niedługo przed wybuchem wojny w Warszawie, a które opozycja nazywała „spotkanie sprzymierzeńców Putina”. Wkrótce sprawa przestała być aktualna właśnie z powodu wojny. W dodatku nasz rząd „obraził się” na Węgry za ich politykę wobec konfliktu na Ukrainie, a to właśnie Viktor Orbán miał najpoważniejszą alternatywną propozycję dla UE – jakkolwiek mogła ona budzić wątpliwości (koncepcja demokracji nieliberalnej). Mówiąc kolokwialnym językiem: w gronie przywódców, którzy kontestują w różnym stopniu aktualny kurs unijny, Orbán jest zdecydowanie największym mózgowcem. Po polskiej stronie nie wykonano nawet połowy podobnej pracy intelektualnej.

Po trzecie i być może najważniejsze: sami pozwoliliśmy Unii stworzyć instrumenty, za pomocą których teraz można nas szantażować. To rząd Mateusza Morawieckiego zgodził się na mechanizm warunkowości (na razie jeszcze wobec Polski nie użyty, ale można założyć, że to jedynie kwestia czasu), zatwierdził po cichu absurdalnie rozbudowaną listę warunków i kamieni milowych, od których uzależniony jest KPO, a także – to zaskoczenie porównywalne z zawartością listy dotyczącej KPO – na umieszczenie przestrzegania Karty Praw Podstawowych jako warunku wypłaty funduszy z regularnej perspektywy budżetowej na lata 2021-27.

Polska znalazła się w sytuacji wprost dramatycznej. Możemy być przez Brukselę szantażowani właściwie dowolnie, bo sami do tego dopuściliśmy. Jednocześnie nasza sytuacja finansowa staje się coraz bardziej dramatyczna. Obligacje 10-letnie są już oprocentowane na 9 proc. i coraz trudniej znaleźć na nie nabywców, a polska waluta dołuje. I jest to w sporej części skutek właśnie finansowego unijnego szantażu. Dogadanie się przez obecną władzę w sprawie wypłaty pieniędzy wydaje się coraz mniej prawdopodobne, a nasze straty z powodu niewypłacania Polsce pieniędzy – zwłaszcza gdyby miało to objąć również zwykłe fundusze unijne – będą rosły. To pokazuje również dramatyczne skutki uzależnienia się od unijnych pieniędzy, przed czym dawno już niektórzy analitycy i publicyści przestrzegali. Nadzieja na załatwienie sprawy może popychać rząd ku kolejnym ustępstwom, które nic nie dadzą. Z drugiej strony ostentacyjnie twardy kurs również do niczego nie prowadzi. Nie ma tu dobrego wyjścia.

Najłatwiej byłoby zrzucić winę na Brukselę i tak właśnie robią rządzący. Tylko że to pójście na łatwiznę i próba wybielenia samych siebie. Określony kurs Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, który w tej sprawie odgrywa bardzo negatywną rolę, nie był dla nikogo tajemnicą. Nasze państwo działa w pewnych obiektywnych warunkach i ich uwzględnienie jest obowiązkiem rządzących. Traktowanie Ursuli von der Leyen jako potencjalnego sprzymierzeńca Polski – a taka przecież była, mało kto już pamięta, narracja PiS, gdy jego posłowie głosowali za nią w PE – było bardzo naiwne. Lub też było zwykłym chciejstwem. Z narzekania, że tak być nie powinno i że jesteśmy źle traktowani, nic nie wyniknie. A przecież to sama Warszawa wyposażyła KE we wszystkie te środki, które teraz są przeciwko nam używane.

Powracam zatem do pierwotnego pytania: jak mogło do tego dojść? W którym momencie weszliśmy na tę drogę? Wygląda niestety na to, że stało się to już wiele lat temu, gdy prezydent Lech Kaczyński i jego brat postanowili zgodzić się na rozwiązania traktatu lizbońskiego, a zarazem zrezygnować z forsowania alternatywnej propozycji, którą był tak zwany system pierwiastkowy. Przy całej tromtadracji o obronie naszej suwerenności, nieoddawaniu ani guzika i chronieniu naszych interesów, polityka unijna rządu „suwerennościowego” okazuje się dzisiaj skumulowaną katastrofą.


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!