WARZECHA: Wojna północna 300 lat później

fot. twitter.com

Bal na Titanicu to zgrana klisza. Mimo to są okoliczności, kiedy nieodmiennie przychodzi do głowy. Do mnie wracała wielokrotnie po pierwszym dniu tegorocznego Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Doroczne spotkanie przedstawicieli biznesu, mediów, ekspertów, polityków miało tym razem tę trudną uchwytną aurę czegoś końcowego, schyłkowego, tuż przed jakimś poważnym przełomem.

O co chodziło konkretnie? Mógłbym pisać o sprawach, które przewijały się w rozmowach w kuluarach. O perspektywach biznesu, w szczególności mniejszego, na najbliższe miesiące, które są… żadne. O tym, że wiele lokalnych ciepłowni jest na krawędzi plajty, a wtedy do ludzi w tysiącach miejsc w Polsce po prostu przestanie zimą płynąć ciepło. O debacie na forum, w której prowadzący (nie Polak) usiłował wydobyć z dyskutantów jakieś refleksje na temat przetasowań na światowej scenie oraz w hierarchii sił i interesów w związku z wojną na Ukrainie, a w odpowiedzi słyszał tylko wciąż, że Ukraina się dzielnie broni, a Polska będzie przy niej stała do końca. Mógłbym spekulować o tym, dlaczego wśród uczestników nie było przedstawicieli spółek energetycznych poza Orlenem i PGNiG. To wszystko jednak w sumie detale – drzewa wielkiego lasu. W Magazynie „Kontra” patrzymy trochę inaczej – i ja także postaram się na to wydarzenie popatrzeć z pozycji „meta”.

Zastanówmy się zatem, co decyduje o pozycji państw i dlaczego niektóre z nich wciąż będą poważne, nawet jeżeli na ich czele stoi najbardziej pajacowaty polityk, jakiego można sobie wyobrazić, a innym tej powagi będzie zbywać i nieustannie będą traktowane tak jak to napisał Jacek Kaczmarski w „Reytanie”:

Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka,

To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse.

 

Kaczmarski w tym fikcyjnym cytacie z rosyjskiego ambasadora, który jest narratorem piosenki napisanej na podstawie obrazu Jana Matejki, myli się zresztą. Wychowanie dzieci zakłada bowiem, że w którymś momencie dziecko się jednak uczy. Że coś zaczyna pojmować. W Polsce to tak nie działa. Jest jak napisał blisko 440 lat temu Jan Kochanowski w Pieśni Piątej swoich „Pieśni wtórych”:

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;

Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

 

Jeżeli ktoś jest w stanie zbudować sobie w miarę pełny obraz polskiej sytuacji w tym momencie, patrząc na nią zarazem z odpowiedniego dystansu, zrozumie, że wbrew opowieściom o naszej rosnącej pozycji jesteśmy krajem niepoważnym – być może dzisiaj bardziej niepoważnym niż kiedykolwiek, bo tylko kraj niepoważny pozwala, ba, nawet pomaga w niszczeniu własnej gospodarki, dorobku obywateli, ich pomyślności. Na to w takim stopniu żaden kraj poważny sobie nie pozwala. Czemu się tak dzieje?


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie


Znajomy, którego spotkałem podczas forum – człowiek z dużym zawodowym doświadczeniem mimo względnie młodego wieku – powiedział do mnie: „Zobacz, że w Polsce wszyscy chcą wykrywać ruskich agentów, a nikogo nie interesuje, kto działa na rzecz innych interesów”. Trafna uwaga. I nie są to tylko interesy niemieckie czy francuskie, ale też amerykańskie czy ukraińskie. Mój znajomy stwierdził, że dlatego właśnie ma nieodmienne skojarzenie z czasami saskimi. Dziś lojalność kupuje się nie poprzez wręczanie sakiewek z brzęczącymi monetami, ale oferując atrakcyjne stypendia, wyjazdy czy wykłady na zagranicznych uczelniach. Niemcy robią to na naprawdę dużą skalę. Ale nie tylko oni. Jeżeli wydaje się państwu, że ktoś nachalnie promuje narrację naszych najlepszych sojuszników, sprawdźcie państwo, czy przypadkiem nie ma na koncie wyjazdu na stypendium do Stanów Zjednoczonych lub czy właśnie nie wszedł w partnerstwo z jakąś renomowaną amerykańską fundacją. Warto też sprawdzić, czy dana osoba nie prowadzi na przykład wykładów (dobrze płatnych) na jakiejś ukraińskiej uczelni albo czy nie robi tam innego rodzaju interesów. To jest niestety bardzo prosty klucz do opinii i poglądów wielu uczestników polskiego życia publicznego – podczas gdy faktycznie mówi się wyłącznie o robieniu propagandy za ruble. Paradoks w tym, że o ile bardzo trudno znaleźć osobę publiczną, która z dobrych kontaktów z Rosjanami mogłaby czerpać jakiekolwiek korzyści, to bardzo łatwo znaleźć takich, którzy te korzyści czerpią z kontaktów z Berlinem, Waszyngtonem czy Kijowem.

Tu znów, jeśli wolno, cytat z Kaczmarskiego, tym razem z jego genialnego „Jana Kochanowskiego”:

Prałat karci opojów, sam jeszcze czerwony,

Złodziej potrząsa kluczem do skarbca Korony,

Kanclerz wspiera sojusze na ościennym żołdzie,

A mędrcy przed głupotą łby schylają w hołdzie.

 

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że polskie państwo jest u progu jednego z największych kryzysów w swoich dziejach. Kryzys ten może nas dramatycznie przeorać. Może pozbawić miliony osób nadziei na lepsze – ba, na normalne życie, odebrać dorobek kolejnym milionom, nadzieję całemu pokoleniu. W sporze o diagnozę, jak do tego doszło, powtarza się stary spór pomiędzy frakcją stańczyków a romantyków, których jednak należałoby raczej nazywać heglistami lub deterministami. Ci drudzy wskazują na „cały świat”, próbując dowodzić, że „tak jest wszędzie”, więc i u nas nie może być inaczej. Że wszyscy toną, więc i my toniemy, i właściwie niewiele można z tym zrobić, ale władza postara się, żebyśmy przynajmniej tonęli wolniej i za to mamy być jej wdzięczni.

Ci pierwsi natomiast – do których i ja się zaliczam – przeciwstawiają się determinizmowi historycznemu. Nie zgadzają się na stwierdzenie, że musiało dojść do rozbiorów, że nieuniknione były XIX-wieczne powstania, że musiała się wydarzyć hekatomba Powstania Warszawskiego. Nie, żadna z tych rzeczy nie była nieunikniona, a przynajmniej nie były nieuniknione jej najgorsze skutki. Teraz jest tak samo: zaczęliśmy już spadać w przepaść, a wcale nie musieliśmy do niej wpadać. Czy ludzie, od których zależało, że zrobiliśmy jednak ten śmiały krok naprzód, rozumieją, co się stało i do czego doprowadzili? Prawdę mówiąc – wątpię. Są tak pochłonięci gaszeniem swoich małych pożarów, że nie zauważyli nawet, że za moment znajdą się w zasięgu ogromnego ognia.  

Czasy saskie to ciekawa analogia. To one ugruntowały zgubne przekonanie, że w Rzeczypospolitej sprawy jednak toczą się w dobrym kierunku, choć w rzeczywistości pędziliśmy już na ścianę i późniejsze próby wyhamowania, prowadzone przez Stanisława Augusta, i tak już nie mogły przynieść rezultatu. Pytanie brzmi, na jakim etapie teraz jesteśmy. Być może trwa coś na kształt wielkiej wojny północnej, w której Polska pod rządami Augusta II Sasa była przedmiotem w grze dwóch potęg: szwedzkiej i rosyjskiej. Z tej kompletnie nie naszej wojny wyszliśmy z przetrąconym kręgosłupem i zdaniem wielu historyków nasz los był już wtedy przypieczętowany. Czy to już ten moment?


Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!