WARZECHA: Żywią y bronią

Photo by James Baltz on Unsplash

Prezydent Sri Lanki uciekł dopiero co wojskowym samolotem na Malediwy wraz ze swoją rodziną i najbliższym otoczeniem. Uratował zapewne w ten sposób życie, bo gdyby dorwał go rozwścieczony tłum, wątpliwe, czy Gotabaya Rajapaksa uszedłby z życiem. O Sri Lance i tamtejszym masowym buncie mówi się w Polsce w głównych mediach niewiele – a szkoda, bo jest to poglądowy przykład tego, do czego może doprowadzić centralnie planowana gospodarka w połączeniu z narzucaniem „zielonych” pomysłów w rolnictwie.

Gospodarczy upadek Sri Lanki, na której warunki dla rolnictwa są po prostu doskonałe, nastąpił z powodu wprowadzenia w życie absurdalnej koncepcji przestawienia wszystkich upraw na „zielone” tory, co oznaczało między innymi rezygnację z nawozów. Zakaz ich importu wprowadzono zaledwie w kwietniu ubiegłego roku. Pod wpływem protestów nieco go rozluźniono w listopadzie, ale nie przywrócono rządowych subsydiów, co sprawiło, że nawożenie stało się horrendalnie drogie. To z kolei – nietrudno było taki skutek przewidzieć – zaowocowało radykalnym spadkiem plonów i koniecznością m.in. importu ryżu, choć od 17 lat wyspa była w tej dziedzinie nie tylko samowystarczalna, ale też była eksporterem. Tymczasem produkcja w ciągu zaledwie pół roku spadła o 20 proc., wymuszając konieczność importu za niemal pół miliarda dolarów. Ceny ryżu wzrosły o 50 proc. Najbardziej ucierpieli mali rolnicy, uprawiający po kilka hektarów. Ich plony spadły nawet o 60 proc. Do tego doszła nieprzemyślana polityka inwestycyjna, w ramach której finansowano nikomu niepotrzebne, spektakularne projekty, oparta na druku pustego pieniądza. Czerwcowa inflacja sięgnęła 50 proc. Ceny żywności wzrosły o 80 proc. Zaś rządowy plan, który do tej katastrofy doprowadził, nosił tytuł „Widoki pomyślności i chwały”. Brzmi znajomo?

Możemy myśleć, że Sri Lanka, dawny Cejlon, leży tysiące kilometrów od nas, w innej strefie kulturowej i ekonomicznej. Że nas to nie dotyczy. Zapewne w takiej intensywności i rozmiarze jak na sąsiadującej z Indiami wyspie – faktycznie nie. Ale nie łudźmy się: pewne mechanizmy są uniwersalne.

Europejski zielony ład dla rolnictwa, wspierany zawzięcie przez polskiego komisarza Janusza Wojciechowskiego i w zasadzie także przez partię rządzącą, to to samo, co narzucił swoim obywatelom prezydent Rajapaksa, może w nieco łagodniejszej formie. W połączeniu z fiskalną lekkomyślnością, manią wielkości, centralnie planowaną gospodarką (państwo jest najważniejsze – skąd my to znamy?) i pogarszającą się międzynarodową koniunkturą musiało to dać taki skutek, jaki dało.

W tym samym czasie w Holandii trwają brutalnie tłumione protesty rolników. Symbolem stała się już scena, gdy policjant całkowicie bez powodu strzelał do odjeżdżającego już spod policyjnej blokady ciągnika, kierowanego (legalnie) przez 16-latka. Holenderscy rolnicy, wyzywani od „dupków” i „śmieci” przez premiera Marka Ruttego, bronią się przed programem elegancko nazwanym „Programem terminacji gospodarstw hodowlanych”, który oficjalnie ma służyć ochronie klimatu poprzez zmniejszenie emisji tlenków azotu. Faktycznie – co nie jest żadną tajemnicą, bo przedstawiciele rządu mówią o tym w zasadzie otwarcie – chodzi o to, żeby wyrzucić rolników z ich ziemi, bo trzeba tam pobudować nowe pasy startowe lotniska, nowe supermarkety czy osiedla. A wszystko to w czasie, gdy światu grozi kryzys żywnościowy, a holenderscy farmerzy mają jedne z najwydajniejszych gospodarstw na świecie. Wbrew pozorom wydarzenia z okolic Amsterdamu, Hagi czy Utrechtu łączą się z tymi z okolic Kolombo, Negombo czy Galle. I tu, i tam pretekstem są szalone zielone idee samozwańczych zbawców ludzkości. I tu, i tam ludzie wychodzą na ulice, żeby bronić w gruncie rzeczy zdrowego rozsądku.

W polskiej historii zapisało się powstańcze hasło naszych chłopów: „żywią y bronią”. Coraz bardziej okazuje się, że jest to hasło o uniwersalnym wydźwięku. Przy czym dzisiaj rolnicy w wielu miejscach świata bronią nas przed zielonym fanatyzmem, wpędzającym nas nieuchronnie w ubóstwo i cofającym cywilizacyjnie o dekady.


Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!