MACIEJEWSKI: Kolonia i misja

fot. Yutube.com / kadr z filmu „Misja”

Mój ulubiony gatunek filmowy to ten, w którym biały Europejczyk próbuję wciągnąć na błotnistą górę gdzieś w Ameryce południowej kupę żelastwa. Reprezentują go co prawda tylko dwa filmy, ale kto powiedział, że w kinie, tak samo jak w biologii, nie powinno się grupować dzieł najpierw na rodzaje (komedie, dramaty, horrory i tak dalej) żeby dopiero później podzielić je na gatunki. W ten sposób można by wychwycić prawdziwe podobieństwa, organiczne współzależności; dzięki takiej taksonomii filmy spotykałyby się ze sobą jak członkowie rodzin, a nie ras. Mogłyby powiedzieć sobie nawzajem coś ważnego, naprawdę ucieszyć się na swój widok a nie tylko stać obok siebie i wydawać się jakoś tam podobnymi postronnym obserwatorom.

Tak właśnie niejedną noc mogliby przegadać ze sobą bliscy, choć dawno niewidziani krewni: „Fitzcarraldo” Wernera Herzoga i „Misja” Rolanda Joffé. Filmy głęboko ze sobą związane, będące do tego w zbliżonym wieku. U Herzoga tytułowy bohater (grany przez Klausa Kinskiego) jest fanatycznym miłośnikiem opery. Ze wszystkich sił marzy o zbudowaniu we wciśniętym między południowoamerykańską dżunglę miasteczku gmachu opery i sprowadzeniu do niej Enrico Carusa, „króla tenorów”. Żeby zdobyć potrzebne na ten cel środki zaciąga ogromny kredyt, wynajmuje statek i wyrusza w rejs, z którego ma zamiar przywieźć parę ton drzewa kauczukowego. Surowiec ten jest jednak tak bardzo wówczas pożądany, że musi się udać w miejsce, do którego wszyscy inni poszukiwacze kauczuku boją się zapuszczać. Podczas rejsu okazuje się, że jedynym sposobem na dotarcie do upragnionego celu jest przeciągnięcie ważącego kilkadziesiąt ton statku na drugą stronę stromego wzgórza.

Udaje mu się jednak nakłonić do pomocy miejscowe plemię Indian, które zaprzęgnięte do realizacji jego szalonej wizji opery w sercu puszczy, tonie w błocie, szarpie kupę żelastwa pod batutą Fitzcarralda. Na ten widok, uwznioślony wizją realizacji swego planu, wykrzykuje: „brakuje tu jeszcze tylko Carusa!” Wyciąga nakręcany ręcznie gramofon, w tle jęków Indian rozbrzmiewa tenor króla opery.

 

W „Misji” jest to samo błoto, ten sam pot, to samo wzgórze. Ale żelastwo ciągnie jeden człowiek. Handlarz niewolnikami, morderca brata, z przywiązaną do pleców kupą zbroi, hełmów, mieczy odbywa pokutę wspinając się w górę wodospadów, do domu tych, których jeszcze nie tak dawno łowił jak zwierzęta. O czym byłaby rozmowa „Misji” z „Fitzcarraldem”? Myślę, że głównie o „grzechach europejskiego kolonializmu”. O tym, że miał on dwa oblicze, z czego pamiętać chce się dziś tylko o tym drugim. To prawda, był on próżnym szaleńcem Fitzcarraldem, zdecydowanie za często przybierał opętańczy wyraz twarzy Kinskiego. Ale miewał też rysy Jeremy’ego Ironsa, ułożone w historię o pokorze i poświęceniu ojca Gabriela. Tego, który nie puszczał im Carusa, ale grał na oboju przepiękny motyw Morricone. Melodii, dla której trud i cierpienie Indian nie było tłem, tylko adresatem. A ona sama – melodia i to, z czego powstała – propozycją zbawienia. Ten straszny, biały Europejczyk bywał też płaczącym z ulgi i żalu Robertem de Niro, odkupującym swoje grzechy w świecie, w którym znalazł się z żądzy zysku.

 

Słuchałem tej rozmowy dwóch filmów w ostatnich tygodniach, oglądając migawki z „pokutnej pielgrzymki” papieża do Kanady. Wiem, że to nie ta sama Ameryka, ale ton opowieści o grzechach kolonializmu nie zmienia się ze względu na geografię. Bo nie zmienia się ze względu na nic. Widząc następcę świętego Piotra przepraszającego za grzechy Kościoła poprzez uczestnictwo w pogańskich rytuałach myślałem o tych wszystkich Europejczykach wyruszających na daleki Zachód, nie po żeby zakładać kolonie do czerpania zysków, tylko misje, żeby skarby w Niebie mogli gromadzić sobie ich mieszkańcy. Nie uzurpowali sobie prawa do życia i własności Indian, ale poczuwali się do obowiązku względem ich dusz. Nie kazali im szarpać pod górę własnych zachłanności i ambicji, ale zaproponowali im, że wspólnie pociągną ciężar grzechu.   

I tak się zastanawiam, o uwolnienie od czego tak naprawdę prosił w Kanadzie papież – win kolonizatorów czy obowiązków misjonarzy? Co jest tym ciężarem, którego wolałby już za sobą dłużej nie ciągnąć?

Autor jest stałym felietonistą tygodnika „Plus Minus”, w którym powyższy tekst ukazał się dnia 19.08.2022

Jan Maciejewski
Jan Maciejewski
urodzony w 1990 roku w Mysłowicach na Śląsku. W przeszłości redaktor naczelny wydawanych przez Klub Jagielloński „Pressji”. Obecnie felietonista „Rzeczpospolitej” oraz magazynu weekendowego „Plus Minus”. Mąż Oli, tata Julka, Anieli i Stefana.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!