MACIEJEWSKI: Nadgorliwość gorsza od „raszyzmu”

fot. screen z utworu „Czerwona Kalina” na kanale YouTube

Polska ukrainofilia, przy wszystkich jej godnych pochwały przejawach jakie obserwujemy w ostatnich tygodniach, przybiera też czasem formy, które nadają nowy sens terminowi „niedźwiedzia przysługa”. I skojarzenie z rosyjskim niedźwiedziem może tu być niestety całkiem na miejscu.

Za jedną z nich można uznać popularyzowanie w Polsce, nawet na falach niektórych rozgłośni radiowych, piosenki „Czerwona Kalina”. Utwór ten, powstały w drugiej dekadzie XX wieku, podczas II Wojny Światowej stał się nieoficjalnym hymnem Ukraińskiej Powstańczej Armii, odpowiedzialnej między innymi za rzeź na Wołyniu. Propagowanie jej więc w naszym kraju robi dla polsko – ukraińskiego pojednania więcej złego niż zabiegi wszystkich tradycyjnie oskarżanych o prokremlowską agenturalność „ruskich onuc”. Ulubioną przecież tezą rosyjskiej propagandy jest określanie rządu w Kijowie mianem „banderowców”. Zarzut szczególnie bolesny z polskiego punktu widzenia i świadomie też wycelowany w budowanie sojuszu między Kijowem i Warszawą. Zarzut „podchwycony” mimowolnie przez naszych nadgorliwców, kojarzących w ten sposób w oczach Polaków bohaterski opór Ukraińców z dziedzictwem UPA.

Jeżeli chcemy realnego sojuszu i faktycznego pojednania między naszymi narodami, musimy uznać, że są w polsko – ukraińskiej historii karty ciemne i straszne. Zgadzam się jednocześnie z tymi wszystkimi, którzy w ostatnich tygodniach twierdzili, że czas wojny jest najgorszym z możliwych do prowadzenia podobnych rozliczeń. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego właśnie teraz wracają do tych tragicznych zdarzeń ci, którym – jak sami o sobie twierdzą – leży na sercu dobro i trwałość relacji między naszymi narodami.

Jeżeli Polacy i Ukraińcy mają mieć przed sobą wspólną przyszłość, to zbudowana być ona może wyłącznie na prawdzie co do naszej przeszłości. Otwartego mówienia o tym, co było trudne i złe, po obu stronach. Każde inne rozwiązanie będzie budowaniem na piasku. Realizacją ani polskiej, ani ukraińskiej, a wyłącznie rosyjskiej racji stanu. Po zakończonej, oby po myśli Kijowa, wojnie trzeba będzie w końcu do tych kwestii wrócić. Ale dopiero wtedy, drodzy nadgorliwcy.

 

Autor jest stałym felietonistą dziennika „Rzeczpospolita”, w której powyższy tekst ukazał się dn. 26.04.2022

Jan Maciejewski
Jan Maciejewski
urodzony w 1990 roku w Mysłowicach na Śląsku. W przeszłości redaktor naczelny wydawanych przez Klub Jagielloński „Pressji”. Obecnie felietonista „Rzeczpospolitej” oraz magazynu weekendowego „Plus Minus”. Mąż Oli, tata Julka, Anieli i Stefana.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!