MACIEJEWSKI: Święta Ruś i rzymska forma

commons.wikimedia.com

Rosja jest kłamstwem, w które Zachód uwielbia wierzyć. Obietnicą zbyt pociągającą, by poddać ją trzeźwej weryfikacji. A kiedy już Europa natnie się na moskiewską blagę, zwykła wpadać w samozachwyt, jak teraz. Z gorliwością zdradzonej kochanki wytyka błędy i łajdactwa swojej starej miłości. Nie widząc, że uwiodły ją we wschodnim kolosie własne błędy. Że nikt tak przekonująco jak on nie potrafi podsuwać gotowych recept na zachodnie choroby.

I tak było od początku, od kiedy tylko najpierw po polskiej słabości, a potem już na całego – po trupie Rzeczpospolitej, Rosja wdarła się do europejskiej wyobraźni. Na tyle wielka i daleka, że nie było tam dla niej wystarczająco miejsca. W zachodnich głowach zmieściły się tylko rosyjskie zaklęcia i własne chciejstwo. Mieszanka wybuchowa, żeby nie powiedzieć – rewolucyjna. To pokusa dziewiczej, świętej Rusi. Gleby niewyjałowionej przez racjonalność i autorytet. Wypreparowane na Zachodzie nasiona, jego pomysły i marzenia, miały wystrzeliwać z niej z prędkością i rozmachem magicznej fasoli. Piąć się wprost do nieba, błyskawicznie osiągając pułap ziemskiego raju.

A z im większym lękiem i pogardą spoglądał Wschód na wszystkie te czynione na jego rzekomą niewinność zakusy, tym okazywał się dla Zachodu bardziej atrakcyjną zdobyczą. Ziemią obiecaną wszystkich jego słabości. Jeśli coś przygotowało w rosyjskiej duszy grunt pod opętanie komunizmem, to słowianofilstwo. Wiara w czysty, nieomylny w swojej ignorancji lud. Niezbrukany przez scholastykę, renesans czy jakiekolwiek inne, zachodnie konwulsje. Miejsce zwolnione przez racjonalność zajmowały mistycyzm i sentymentalizm. Tyran mógł swobodnie zasiąść na tronie opuszczonym przez autorytet. W tym rosyjskim poczuciu wyższości Zachód dopatrzył się wreszcie swojego dobrego dzikusa. Pod wschodnimi strzechami miało przychodzić na świat marzenia Rousseau. Spełnić się wielka pokusa uwolnienia zrzucenia kajdan cywilizacji. Jej reguł i zasad. Kiedy rosyjski poeta Gawriła Dzierżawin stwierdzał, że Rosjanie uczą się języków bez gramatyki, muzyki bez nut i wiary bez katechizmu jego głos przepełniony był sarkazmem. Gdy to samo zobaczył Zachód – wpadł w zachwyt. Od tej chwili za każdym razem, kiedy jego pycha wzbierała, swego ujścia szukała zawsze w nieskończonej, rosyjskiej przestrzeni.

Z całym szacunkiem dla ekumenicznej wrażliwości naszej epoki, główną winę za ten stan rzeczy ponosi prawosławie. To ono pozwoliło Rosji „wypisać” się z europejskiej historii. Trwać na jej obrzeżach, budując jednocześnie na fundamencie tej okoliczności swoje poczucie wyższości. Dopatrywać się źródeł rosyjskiego posłannictwa, dziejowej misji „Trzeciego Rzymu”. To prawosławny model relacji między kościołem i państwem pozwalał kolejnym samodzierżcom grabić, mordować i podbijać z błogosławieństwem cerkwi. To wreszcie antyrzymski resentyment zapewniał religijną sankcję imperialnej polityce Moskwy.

Zachodnia słabość, europejska dekadencja były z wyżyn Kremla obserwowane z pobłażaniem i satysfakcją. Prawdziwą nienawiść, szczerą żarliwość budził jedynie katolicyzm. Łacińskość była od zawsze tym wszystkim, czego na Wschodzie naprawdę nie rozumiano i czego w związku z tym bano się panicznie. Dyscyplina, który nie bierze się ze strachu, tylko miłości? Duchowość rozlewająca się poza mury klasztorów, kształtująca polityczne porządki i architektoniczne style? Jedność, której nie gwarantuje knut, ale bezinteresowna wierność?

Dlatego też Piotr Czaadajew został za swoje filokatolickie poglądy posądzony w XIX-wiecznej Rosji o obłęd. A Dostojewski, który jak nikt inny potrafił zrozumieć i wyrazić rosyjską duszę, nie szczędził Rzymowi najgorszych obelg.

Grzechy Zachodu były zawsze, są też dzisiaj, największym sojusznikiem Rosji. Niezależnie od tego, czy wypatrują one na Wschodzie swojego spełnienia czy też przeciwnika. Moskwa boi się tak naprawdę tylko jednego. Że Europę opanuje znów płomień rzymskiej formy. Bo wie doskonale, że zajmą się wtedy od niej strzechy „świętej Rusi”.

Autor jest stałym felietonistą tygodnika „Plus Minus”, w którym powyższy artykuł został opublikowany dnia 11.03.2022 r.

Jan Maciejewski
Jan Maciejewski
urodzony w 1990 roku w Mysłowicach na Śląsku. W przeszłości redaktor naczelny wydawanych przez Klub Jagielloński „Pressji”. Obecnie felietonista „Rzeczpospolitej” oraz magazynu weekendowego „Plus Minus”. Mąż Oli, tata Julka, Anieli i Stefana.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!