WARZECHA: Kultura przesady

https://twitter.com/moskwa_anna

Wygląda to tak, jakby z polskiej świadomości – w różnych kwestiach – zniknęła możliwość istnienia stanów pośrednich. Jest tylko 0 i 1, możemy jedynie dać całą naprzód albo całą wstecz. Nie ma nic pomiędzy.

Ukraińska minister poinformował [sic!], że prawdopodobnie na początku przyszłego tygodnia jej kraj otrzyma 25 tys. ton benzyny z Polski. „Pomoc z Polski pozwoli nam w znacznym stopniu zbilansować sytuację na rynku paliw. Przed rosyjską agresją ogromną część produkcji paliwowej zapewniały nam zakłady w Krzemieńczuku. Ta infrastruktura została niestety zniszczona, dlatego obecnie pilnie poszukujemy możliwości dostaw z zagranicy” – dodała przedstawicielka ukraińskiego rządu.

Wiadomość tej treści, podana za PAP pojawiła się w środę w wielu serwisach informacyjnych. Nawiasem mówiąc, wszędzie z tym samym błędem („ukraińska minister poinformował”), co pokazuje, jak bezmyślnie redakcje wklejają informacje z PAP. Nigdzie jednak nie pojawiło się wyjaśnienie, co znaczy enigmatyczne słowo „otrzyma”. W normalnych relacjach paliwa się kupuje, ale konstrukcja wypowiedzi wskazuje raczej, że chodzi tutaj nie o zakup paliw z Polski, ale o ich bezpłatne przekazanie. Co oczywiście wpływa na sytuację na polskim rynku paliw (nie wchodząc w detale).

Gdybym był dziennikarzem informacyjnym, przy najbliższej okazji poprosiłbym panią minister Moskwę o wyjaśnienie tej tajemnicy – cóż znaczy mgliste pojęcie „otrzyma”. Nie sądzę jednak, żeby ktoś się nie to odważył, a nawet gdyby, to raczej odpowiedź nie zostanie pokazana w informacjach żadnej z głównych stacji, skoro ich prezenterzy od 24 lutego prowadzą programy z przypiętymi do ubrań niebiesko-żółtymi wstążkami. Można się zastanawiać, jak długo takie „oflagowanie” potrwa, ale jeśli nie skończyło się po rozsądnym, symbolicznym okresie – np. dwa tygodnie albo miesiąc – to właściwie teraz już nie ma powodu, żeby je kończyć. Będzie musiało zostać, póki wojska ukraińskie nie staną w Moskwie (wiem, jestem złośliwy).

Obserwuję na Twitterze różnych moich znajomych. Nie piszę o tych, których nigdy w życiu nie spotkałem na żywo. Piszę o tych, których znam, spotykam, albo przynajmniej spotykałem przez długi czas. Niektórzy zachowują się normalnie. Ale są też tacy, którzy od prawie trzech miesięcy dzień w dzień, wciąż oflagowani na niebiesko-żółto, przekazują wszystkie możliwe informacje za ukraińskimi kontami, codziennie uskuteczniają rytualne ataki na Putina i w ogóle nie zajmują się niczym innym.

Głównonurtowe portale informacyjne wyglądają podobnie jak konta tych moich znajomych, choć tutaj inna tematyka jednak powoli się przebija – prawdopodobnie ze statystyk klikalności musi wynikać, że postępuje znudzenie ukraińską monokulturą. Nie są jednak znudzeni politycy. Słuchając tych z obozu władzy, ale też wielu z opozycji, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z politykami ukraińskimi, względnie z samymi honorowymi konsulami naszego sąsiada – nie z członkami polskiej klasy politycznej.

Znajoma dziennikarka opowiada, jak w jej niewielkiej (powierzchniowo) redakcji medium bliskiego obozowi władzy od początku rosyjskiej agresji nieprzerwanie trwa akacja pomagania uchodźcom, co w praktyce wygląda tak, że miejsce pracy stało się w połowie lokalem pomocowym, ale ta pomoc jest przez cały czas finansowana z nieustających składek dziennikarzy, którzy kroci nie zarabiają.

I tak dalej, i tak dalej – dalszych dziedzin czy przykładów nie muszę wyliczać, to widać na każdym kroku. Ma to w wielu sferach wymierne skutki dla Polski, nikt jednak nie pyta o koszty, samo pytanie o nie jest uznawane niemalże za zdradę narodową. Przekonuję się o tym sam. Ostatnio jeden z rządowych dziennikarzy oznajmił w kontekście takich właśnie pytań, że nie przyszedłbym tonącemu dziecku z pomocą. On to wie, bo mnie zna. Nie biorę nawet takich sytuacji osobiście – traktuję je jako świadectwo czegoś w rodzaju ogólnospołecznego, a przynajmniej dotykającego większości elity, szaleństwa. Całkowitej utraty rozumu, a także – jak widać – jakiejkolwiek przyzwoitości. Rodzimych sceptyków zrównano już niemal moralnie z rosyjskimi żołdakami.

Nie jest to przecież w polskich warunkach jakoś wyjątkowe. Historycznie moglibyśmy znaleźć wiele momentów, którym towarzyszył podobny amok. W takiej atmosferze odbywały się nawet wolne elekcje, gdzie każda z partii, wspierająca danego kandydata, niezależnie od argumentów przemawiających do kieszeni, zapamiętywała się w tym poparciu bez reszty, natychmiast uznając swoich oponentów za nie-Polaków, zdrajców sprawy, narodu, państwa. Na identycznej zasadzie wybuchały polskie powstania, ze styczniowym na czele, gdy zachowawcza polityka Wielopolskiego (abstrahując od jego chronicznej nieumiejętności odczytywania społecznych nastrojów) zderzyła się z amokiem w zasadzie wszystkich stronnictw, które jeszcze ów amok wzajemnie napędzały i nakręcały.

 

Prof. Antoni Dudek ukuł na takie sytuacje świetne określenie: kultura przesady. Zdaniem mojego znakomitego kolegi to jedna z głównych cech polskiego życia publicznego. Zgadzam się w stu procentach. Wygląda to tak, jakby z polskiej świadomości – w różnych kwestiach – zniknęła możliwość istnienia stanów pośrednich. Jest tylko 0 i 1, możemy jedynie dać całą naprzód albo całą wstecz. Nie ma nic pomiędzy.

Kiedy krytykuję sposób podejścia do przyjmowania uchodźców i stwierdzam, że nie było powodu, aby tworzyć im w Polsce cieplarniane warunki – nie pisząc ani słowa o tym, że nie powinniśmy byli ich przyjmować, bo tu moje stanowisko jest od dawna jasne: powinniśmy byli i musieliśmy, i z powodów prawnych, i etycznych – natychmiast czytam: „Aha, czyli mieliśmy ich trzymać na zimnie przed granicą?!”.

Kultura przesady jest faktem. W takich warunkach funkcjonują politycy, starają się dostosować, samemu przyjmując takie nawyki i jednocześnie utrwalając ten mechanizm wśród wyborców. I tak od wieków. Czy powinniśmy się z tym pogodzić i uznać, że tak po prostu jest, tacy jesteśmy, nie da się w Polsce przekonać nikogo do jakichś subtelności, odcieni szarości, stanów pośrednich, musi być tylko białe albo czarne, bezgranicznie dobre albo skończenie złe, diabolicznie podłe albo nieskazitelnie cnotliwe? Nie wiem. Chciałbym wierzyć, że jest inaczej.

 

CZYTAJ TAKŻE: 


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!