Aborcja. Moje piekło.

O aborcyjnym przemyśle i postaborcyjnej rzeczywistości opowiada Amélie Desrumeaux.

Jestem Polką mieszkającą we Francji. Gdy jesienią ubiegłego roku współzakładałam w mojej parafii grupę pro life „Accueillir la vie” (Przyjąć życie), w Polsce wybuchły właśnie protesty przeciw wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo zaburzony obraz spraw mamy w kraju. Wiele osób – pomijając nawet moralny osąd samego czynu – przekonanych jest, że w kwestii dostępu do aborcji chodzi o wolność wyboru, bo przecież nikt nikogo nie będzie do niej zmuszał. Tymczasem to, czego się dowiedziałam o realnym życiu Francuzek, które przez aborcję przeszły, uświadomiło mi, jak ten „wybór” działa w praktyce i jak wiele cierpienia powoduje. Poprosiłam więc przyjaciół z ruchu „pro life” o kontakt z którąś z kobiet, jakim pomagają. Moją rozmówczynię poznałam podczas czatu wideo, w takim też trybie nagrałam ten wywiad.
Z. F.

https://pl.freepik.com/darmowe-zdjecie/czarno-biale-ujecie-samotnej-kobiety-stojacej-przed-oknami-spogladajacymi-na-budynki_11942622.htm

Amélie Desrumeaux: Miałam wtedy dwadzieścia lat. Mój chłopak nie chciał dziecka, nawet nie chciał słyszeć o tej ciąży. A ja byłam w nim zakochana, byliśmy razem już od sześciu lat, ufałam mu. Nalegał,  więc umówiłam się na spotkanie w planning familial[1]. Stamtąd wysłali mnie do poradni psychologicznej, bo wtedy jeszcze uprzednia wizyta u psychologa była obowiązkowa. Pani doktor miała gabinet po drugiej stronie ulicy. Rozmowa wyglądała następująco: „Chce pani przerwać ciążę? – Tak. – Czy w pani rodzinie wszystko jest w porządku? – Tak. – W takim razie może pani przerwać ciążę”. To naprawdę trwało tylko chwilę. Potem wróciłam do planning familial. W małej salce położyli przede mną papiery, tabletki i szklankę wody, ale ja się jeszcze wahałam.

Zaraz, to nie działo się w klinice?

Nie, w punkcie planning familial, gdzie także dokonuje się aborcji, tyle że nie chirurgicznych, jak w szpitalu, ale farmakologicznych. Siedziałam więc tam na krzesełku i zastanawiałam się: zrobić to czy nie? Ale na stawianie sobie pytań nie było czasu, gdyż popędziła mnie pielęgniarka.

Nie zauważyła wahania?

Przeciwnie, złajała mnie: „Nad czym się pani zastanawia? Proszę się pospieszyć, mam inne rzeczy do zrobienia”. Widać było dla niej oczywiste, że skoro tu przyszłam, już podjęłam decyzję. Nieodwołalną.

Jak to, poradnia planowania rodziny od razu zakwalifikowała panią do aborcji? I to wykonanej na miejscu?

Poszłam do planning familial bo myślałam, że dowiem się u nich jak wychować dziecko, gdyby się okazało że zostanę sama. A właśnie tam mi powiedzieli: „Pani nie może zachować tego dziecka, potrzebna będzie aborcja”. Ja nawet nie próbowałam sobie wyobrażać, że ktoś wkłada mi do ciała jakieś narzędzia, ale oni mnie uspokoili: „Dzisiaj wygląda to inaczej, mamy pigułki”. Wtedy pomyślałam: może tak będzie lepiej?

Więc zdawała sobie pani sprawę, że nie jest to rzecz moralnie obojętna?

Tak, ale spojrzałam na to jak na mniejsze zło.

A skąd pani wiedziała, że aborcja jest rzeczą złą?

Wiedziałam już o tym, gdy chodziłam do collège. To było gimnazjum katolickie, ale tam w ogóle się o tym nie mówiło. To znaczy… Wiedziałam już co nieco o istnieniu pigułek, antykoncepcji – lecz o aborcji, poza samą nazwą, praktycznie nic. I w pewnym momencie problem pojawił się samoistnie, kiedy to jedna z uczennic usunęła ciążę za pomocą drutów do dziergania. 

Nie poszła pani do planning familial z wyraźnym postanowieniem aborcji?

Nie, zrobiłam ten krok z powodu nacisku ze strony ojca dziecka, które w sobie nosiłam. Ale gdy tam przedstawili mi argumenty przemawiające za aborcją, zaczęłam się wahać. A może jednak? Nie mówiono mi o efektach ubocznych tabletki RU486. Powiedziano mi o tym jako o cudownym rozwiązaniu w trzech tabletkach, które usuną problem. A jak już połknęłam te tabletki, to się stało bardzo szybko. Już w drodze powrotnej źle się poczułam. Dojechałam do domu mojego chłopaka, żeby zostawić u niego samochód. Usiadłam przed telewizorem i wtedy poczułam, że coś się ze mnie wyślizguje. Wzięłam flakonik, który wcześniej dostałam i poszłam do toalety. Pamiętam tylko dwa czarne punkciki, które zapewne miały być kiedyś oczami.

W poniedziałek pojechałam do planning familial i dałam ten flakonik pielęgniarce. Powiedziałam: „To chyba płód”, a ona zaśmiała mi się w twarz: „To nie żaden płód, tylko zlepek komórek. Chce pani, żebym to wyrzuciła do kosza?” A ja… jesteśmy w szaleństwie akcji, to się dzieje tak szybko… powiedziałam: tak.

Photo by Jon Tyson on Unsplash

Powiedziała pani pielęgniarce by wyrzuciła martwe dziecko do kosza?

Ale ja w tym momencie nie potrafiłam myśleć logicznie! Jedyną refleksją było pytanie: chyba nie wezmę tego do domu i nie postawię na kominku? Nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłabym je pochować. Dzisiaj żałuję, ale to wszystko działo się bardzo, bardzo szybko…

Nikt nie przedstawił pani możliwości wyboru?

To właśnie próbuję pani wytłumaczyć. Niczego nie proponują. To jest maszyna do mielenia. A tak bym chciała, żeby mi wtedy powiedzieli: może pani zachować ciało, możemy pani zaproponować mały pogrzeb, nie wiem… Ale wtedy sobie tego nie wyobrażałam. I wiem, że większość kobiet w podobnej sytuacji reaguje tak samo. Nie ma informacji. We Francji mamy właśnie ten problem, że nie ma informacji. Ani co do samej aborcji, ani co do jej konsekwencji.

Co działo się potem?

To było… Nie miałam żadnej traumy fizycznej – tylko trzy tabletki do wzięcia, to wszystko. Ale najgorsze dopiero nadeszło. Każdego wieczoru, kiedy chłopak odprowadzał mnie do domu, krzyczałam, właściwie wrzeszczałam: „Zostań! Potrzebuję rozmawiać, czuję, że zrobiliśmy coś, czego nie powinniśmy byli zrobić. To był owoc naszej miłości. Zrobiliśmy wielkie głupstwo.” A on ciągle odpowiadał: „Nie chcę o tym słyszeć”. Więc każdego wieczoru, kiedy mnie odprowadzał, wiedziałam, że będę miała noc jak z horroru. Za każdym razem, gdy kładłam się na łóżku, sufit stawał się ekranem moich bezsennych nocy. Za każdym razem wracała scena, w której siedzę przed stołem z trzema tabletkami i zamiast je połknąć, zrywam się na nogi i krzyczę do pielęgniarki: „Nie! Ja to dziecko zachowam!” I płakałam, płakałam, płakałam… Trwało to rok, aż do pewnego wieczoru, kiedy wzięłam nóż i postanowiłam z tym skończyć. To była druga, trzecia w nocy. I gdy miałam już ostrze przy sercu, zadzwonił telefon. Mój przyjaciel zapytał: „Amelie, coś jest nie tak?” Odpowiedziałam: „Tak, jest źle”. Wybuchłam płaczem i on natychmiast przyjechał.

Chłopak pani nie wspierał?

On się tym w ogóle nie zajmował. Kiedy powiedziałam mu „myślę, że zrobiliśmy straszne głupstwo”, on mi odpowiedział “nie chcę więcej o tym słyszeć ani rozmawiać”. I później nigdy nie wrócił do tematu. Wreszcie się rozstaliśmy i temat się skończył.

Można uznać, że aborcja zniszczyła wasze wzajemne uczucia.

Tak. Swoją drogą, kiedy rozmawiam z dziewczętami, które są po aborcji, okazuje się, że po tym doświadczeniu rozpada się jakieś 90 procent związków. Bardzo rzadko para zostaje razem.

Tamta krytyczna noc okazała się przełomem?

Tak, bo wtedy powiedziałam sobie: trzeba żebym coś z tym zrobiła. Zaczęłam szukać pomocy. Ale gdy poszłam raz jeszcze do planning familial i powiedziałam, że cierpię, usłyszałam: „To nieprawda. Pani nie cierpi. Pani potrzebuje psychologa”. We Francji istnieje zmowa milczenia na temat aborcji, która w oficjalnym przekazie nie powoduje żadnego cierpienia. Więc oczywiście to nie oni mi pomogli.

Nie zrozumiałam kto tak pani mówił. Ginekolog?

Konsultantka w planning familial. Wygarnęłam jej wtedy: „To wy mnie popchnęliście do aborcji! Teraz nie mogę spać, mam koszmary… Nie daliście mi wyboru!”

Kto w takim razie pani pomógł?

Pomoc znalazłam w stowarzyszeniach „Matka Miłosierdzia”, „Agapa” i „Winnica Racheli”. Aktualnie we Francji są tylko trzy stowarzyszenia, które pomagają kobietom po aborcji przekroczyć własne cierpienia. I akurat te trzy stowarzyszenia są katolickie.

Jak tam pani trafiła?

Niedaleko mojego domu zobaczyłam w oknie plakat „Matka Miłosierdzia” i poszłam spotkać tych ludzi. Tam zaproponowano mi tygodniowe rekolekcje. Oni to nazywają „Stabat Mater”. Nie był to łatwy tydzień, ale pozwolił mi świadomie przeżyć tę żałobę. Po dziecku, z którym nawet nie wiem co się stało. Potem wybrałam się na pielgrzymkę, tam poszłam do spowiedzi i to dało mi pokój.

Proszę powiedzieć więcej o tych rekolekcjach.

Trudno o tym opowiadać. Zapalałam świeczki przed ołtarzem i miałam poczucie, że uczestniczę w ceremonii religijnej. We Francji nawet niewierzący, gdy chcą kogoś pochować, w tym jednym momencie stykają się z Kościołem. A ja nie miałam pogrzebu własnego dziecka. Dopiero wtedy, podczas tych rekolekcji, w pełni uświadomiłam sobie, jak bardzo ciąży mi ten brak. Więc to było jakby zadośćuczynienie. Ta świadomość trochę goi rany.

Czy w tych stowarzyszeniach może znaleźć pomoc kobieta, która nie jest katoliczką?

Oczywiście! Na przykład „Agapa” stosuje model pomocy religijnie neutralnej. To bardziej porada psychologiczna, a także towarzyszenie osobie cierpiącej. Z kolei „Matka Miłosierdzia” zajmuje się także doradzaniem dziewczętom, które się wahają, czy dokonać aborcji. Oni ich nie zniechęcają, tylko pomagają zrozumieć, czego same tak naprawdę chcą.

Ale jak by im nie pomagać, zranione kobiety nigdy się z tego do końca nie leczą. Czasem mówią, że się czują dobrze, ale to powraca, nawet po czterdziestu latach – kobieta wybucha płaczem, myśląc o dziecku. Są cierpienia, które się pojawiają od razu i są cierpienia ukryte. 

Co było dalej?

Postanowiłam sama pomagać. Od tamtej pory pomagam wszystkim kobietom, które spotykam, a które zadają sobie pytanie czy chcą przerwać ciążę. A także wszystkim, które to zrobiły i teraz żałują. 

Kiedyś marzyłam by wszystkie kobiety, które cierpią, wyszły na ulice. Żeby pokazać jak wiele nas jest. I że milczenie zabija.

Teraz coś takiego już istnieje, to znaczy jest strona na Facebooku, gdzie te kobiety mogą się wypowiedzieć. Nazywa się „Aborcja – wciąż cierpię – chcę o tym zaświadczyć”. Są tam kobiety w każdym wieku – młode, starsze – i opowiadają jak to się stało. Stale przybywają nowe świadectwa. Problem stał się przynajmniej widoczny. Teraz, gdy ktoś powie „problem nie istnieje”, odpowiadam: proszę wejść na stronę „Aborcja – wciąż cierpię”.

Często słyszy pani, że „problem nie istnieje”?

Bardzo często. Kiedy poszłam do planning familial z ulotkami mojego stowarzyszenia, oni odmówili ich przyjęcia. Gdy ostrzegłam ich: „Czy zdajecie sobie sprawę, że narażacie młode kobiety, nie uprzedzając ich o psychicznych skutkach aborcji?”, oni mi odpowiedzieli: „To nie jest nasz problem. Nie będziemy rozdawać pani ulotek”.

Inny przykład. Pracowałam w katolickiej szkole, gdzie nauczycielka SVT[2] mówiła uczniom, że aborcja to prawo człowieka i w ogóle wspaniałe osiągnięcie. Na to jedna z uczennic powiedziała, że się z tym nie zgadza. Dobrze pamiętam jak ta nauczycielka wpadła zirytowana do pokoju nauczycielskiego: „Jak to jest dzisiaj możliwe, żeby być przeciw aborcji? Przecież nie żyjemy w jakimś zacofanym kraju!” Dzisiaj we francuskich szkołach kursy edukacji seksualnej są już w czwartej klasie[3]. Na własne oczy widziałam jak uczniowie na lekcję SVT zakupywali spiralę wewnątrzmaciczną.

Ja jednak nadal nie wiem, co się dzieje pomiędzy pytaniem „kontynuuję ciążę czy przerywam?” a momentem, kiedy kobieta się tej aborcji poddaje. Dokąd idzie? Kogo prosi o radę? Jak wygląda ten łańcuch?

Dzisiaj kobiety szukają rady w internecie. Wchodzą na okołoaborcyjne fora – jest ich bardzo dużo. Problem jest taki, że te fora są zatrute przez ideologów, którzy popychają kobiety do aborcji. Mogę to powiedzieć, bo razem z przyjaciółką wchodziłyśmy na te fora, żeby uratować dzieci i ich mamy. Za każdym razem, kiedy zostawiałyśmy wiadomość: „zachowaj swoje maleństwo, zobaczysz, że będziesz szczęśliwa, a my ci pomożemy”, byłyśmy ostro atakowane przez rozwścieczone internautki. W ciągu tych trzech lat niejednokrotnie nas blokowano. To była naprawdę ciężka bitwa. Ale było warto – dla tych wszystkich dziewcząt, które dzięki naszym zachętom, dodawaniu otuchy postanowiły zachować dziecko. Proszę wierzyć, ich sytuacja zawsze się polepszała: wrócił chłopak, znalazły pracę. Za każdym razem była to piękna historia i za każdym razem wracały, żeby powiedzieć „dziękuję”.

Korzystają panie z możliwości wysyłania im prywatnych wiadomości?

Tak, często tak właśnie robiłyśmy. Ale ten „łańcuch”, o który pani pyta, jest dość wątły, a bezbronna kobieta z reguły staje wobec wielostronnych nacisków, którym nie wie jak podołać. Kiedy byłam w ciąży z moją Blanche, złapałam wirusa i powiedziano mi, że moje dziecko będzie miało przerost mózgu, będzie niewidome albo głuche. Lekarz orzekł wtedy: abortować. Powiedziałam mu, że tego nie zrobię. Zrobiłam to już raz i nigdy więcej. Więc musiałam podpisać oświadczenie, że zrzekam się praw do skargi przeciw nim. A moja córka urodziła się zupełnie normalna. Zapytałam potem tego lekarza: „Ile dzieci wysłaliście na śmietnik?”, a on odpowiedział: “Dużo”.

Personel medyczny nie upewnia się, że kobieta jest pewna swojej decyzji?

Oni nie chcą brać na siebie ryzyka, bo problem polega na tym, że szpitale są łatwo atakowane, jeśli na przykład kobieta ma rozpoznanie dziecka z zespołem Downa. Zdarzają się skargi przeciw szpitalowi, bo „nie powiedzieliście mi o tym na USG”. Żeby więc nie tracić pieniędzy na procesy i rekompensaty, w szpitalach kobietom podsuwane są deklaracje zgody na „aborcję terapeutyczną”. Tak to się teraz nazywa.

Photo by Zuza Gałczyńska on Unsplash

Ale gdy nie ma jeszcze podejrzenia choroby dziecka, na przykład przed 12 tygodniem, czy personel medyczny upewnia się, że kobieta jest stabilna emocjonalnie i pewna swojej decyzji?

Nie, nie ma obserwacji psychologicznej. Nawet w przypadku dobrowolnej aborcji, tej „nieterapeutycznej”, obowiązek konsultacji u psychologa został zniesiony. Są nawet dziewczyny, które zamawiają tabletki przez internet. Ale większość historii, które znam, po prostu rozdziera serce. Wiem o nastolatkach, które zobowiązane przez chłopaka szły z płaczem do gabinetu lekarskiego. Ale nikt ich nie chciał wysłuchać. Tak działa ciężar ideologii i slogan „prawa do aborcji”.

Gdybym była lekarzem, pomyślałabym: jeśli ona płacze, to chyba nie ma ochoty tego zrobić?

Powiem więcej: pani Rossignol[4] wyznaczyła szpitalom priorytet wykonywania jeszcze więcej liczby aborcji. Ja swoją drogą nie rozumiem tej presji. Czy oni dostają za to pieniądze, za każdy zabieg? Czy to tylko ideologiczne zaczadzenie ludzi wykształconych i jednocześnie sformatowanych[5]?

Zastanawiam się ponownie czy to naprawdę nie wzrusza lekarzy? Nie używają klauzuli sumienia?

Klauzula sumienia jest we Francji na etapie zaniku. Już teraz pielęgniarki i terapeuci nie mają prawa się na nią powoływać. A lekarze ulegają presji przełożonych. Każdy szpital, który ma oddział ginekologiczny, musi wykonywać aborcję. To dlatego dzisiaj w gronie osób z ruchu pro life zastanawiamy się, czy nie trzeba tworzyć specjalnych szpitali ze specjalnie przeszkolonym personelem.

A opieka społeczna? Czyżby w ogóle na tym polu nie działała?

Teoretycznie działa, mamy sieć specjalnych domów opieki, problem w tym, że kobiet wahających się, czy urodzić dziecko, nikt o takiej możliwości nie informuje. Moim problemem był właśnie lęk, że nie będę miała pieniędzy, aby wychować to dziecko. Dopiero później się dowiedziałam, że kobieta w ciąży dostaje pomoc finansową, może dostawać alimenty, mieszkać w domu opieki, żeby przejść spokojnie czas ciąży, może oddać dziecko do adopcji, może je w końcu powierzyć jakiejś rodzinie… O tym wszystkim nigdy nikt mi nie mówił. Także w planning familial mi o tym nie powiedziano.

Chciałam jeszcze zapytać o ojców nienarodzonego dziecka. Czy z nimi pani też rozmawiała? Co oni czują?

Tak, znam ich relacje. Czy żałują? Często nie przyznają się do tego, ale to wypływa z nich podświadomie. Gdy mi mówią „moja dziewczyna kiedyś dokonała aborcji”, widzę ten moment refleksji. Czasem pada pytanie: „Gdybym miał to dziecko, ile teraz miałoby lat?”

Czy wpływa to na związki, które tworzy się potem? I na zachowanie następnych dzieci?

Rozmawiałam z pediatrą, który mówił, że dzieci urodzone po wcześniejszej aborcji matki często mają różne zaburzenia, na przykład nadaktywność. Ten lekarz uważa, że dziecko, które rodzi się po wcześniejszym poronieniu lub aborcji matki, odczuwa w jakiś sposób to, co się stało. Jednak gdy pyta pacjentki, czy rozmawiają o tym z dzieckiem, najczęściej okazuje się, że nie rozmawiają. Kiedyś udzielał konsultacji matce, która przyszła z dzieckiem i w momencie, gdy wyznała: „Tak, straciłam jedno dziecko”, ten chłopiec krzyknął: „Nieprawda, ty je zabiłaś!”

Wcześniej o tym nie wiedział?

Nie wiedział. To dlatego z moimi córkami wolałam o tym otwarcie porozmawiać, tak wcześnie, jak to było możliwe. Bo ja miałam też jedno samoistnie poronienie, w siódmym miesiącu ciąży.

Moje dzieci wiedzą, że mają w niebie brata – tego, którego poroniłam – i brata lub siostrę, dziecko które abortowałam. Wspólnie nadałyśmy im imiona i w ten sposób dajemy im żyć w naszej rodzinie.

Dało wam to pokój serca?

Wolę dać przykład znajomej, której córka była w klasie z moją córką. Ta dziewczynka miała problemy z agresją: biła matkę i moczyła się do łóżka. Spytałam tę znajomą czy nie miała doświadczenia aborcji. Ona potwierdziła. Ja jej na to: „Możliwe, że twoja córka to podskórnie odczuwa. Byłoby dobrze, gdybyś jej o tym powiedziała”. Cóż, nie jest łatwo wyznać to dziecku, powiedzieć mu: „Przed tobą byłby brat albo siostra”. Wiem, że ja sama byłabym wściekła, gdyby moja mama mi coś takiego powiedziała. Jednak znajoma w końcu to zrobiła. Dziewczynka płakała podczas tej rozmowy, ale później przestała moczyć się do łóżka i nie przejawiała już zachowań regresywnych.

Powiem jeszcze, że ojciec mojej ostatniej córki także chciał żebym przerwała ciążę. Dopuszczał się przemocy i bardzo się go bałam. Mimo tej presji zachowałam dziecko i teraz mogę pani powiedzieć, że moje relacje z jego ojcem się poukładały.

To nieprawda że aborcja pomaga kobiecie wyzwolić się w sytuacji przemocy?

Na pewno nie ma takiej reguły. Nawet w tym przypadku wszystko może się ułożyć.

Zapytam na koniec, co mogłaby pani powiedzieć kobietom w Polsce?

Macie wybór pomiędzy śmiercią a życiem. To wy musicie dokonać tego wyboru. Ja sama najpierw wybrałam aborcję, potem naturalnie poroniłam, a wreszcie urodziłam trzy córki. I z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że urodzenia dziecka nie żałuje się nigdy. Jeśli dziewczyna ma wybór, niech da sobie pomóc. Wśród nas żyje wielu ludzi, którzy chętnie pomogą. Jestem pewna, że także w Polsce.

Amélie Desrumeaux opisała własne przeżycia w książce „Pardon les enfants” (Przepraszam was, dzieci!), wydanej pod pseudonimem Rose Delattre.


O powyższym wywiadzie i szerzej o problemie syndromu postaborcyjnego posłuchajcie naszego podcastu: 

[1] Mouvement français pour le planning familial (PF), federacja stowarzyszeń działających na rzecz edukacji seksualnej i feministycznej, planowania narodzin oraz prawa do aborcji. Powołana 1960 jako organizacja pozarządowa, w praktyce prowadzi szeroko zakrojoną akcję pogadanek dla młodzieży w szkołach publicznych. Punkty PF oferują też nastolatkom możliwość aborcji „dyskretnej”, tzn. bez wiedzy rodziców.

[2] Skrót od sciences de la vie et de la terre – nauka o fizjologii człowieka i jego naturalnym środowisku.

[3] Klasy we Francji liczy się „od tyłu”, gdzie „jedynka” to klasa maturalna, więc w tym przypadku chodzi o 14-latków.

[4] Laurence Rossignol, senator i była minister do spraw kobiet.

[5] W oryginale gra słów: formé et formaté.


Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Zofia François
Zofia François
nauczycielka muzyki, żona i mama dwojga dzieci. Pochodzi z Warszawy, mieszka we Francji.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!