CHOJNACKI: CIASNA DONICZKA…

Na kanwie nowej książki Józefa Mackiewicza Najstarsi tego nie pamiętają ludzie
II.
fot. Autora

Ciasna doniczka albo – Wilno w worku. Dałbym pełen, złożony barokowo tytuł, gdyby podobne (tak na miejscu tutaj) nagłówki mieściły się w ramce redakcyjnej zapowiedzi. Oczywiście spór o „wyższość” Wilna nad Krakowem należy do rzędu debat o prymat Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem. Niemniej… Zacząłem roić o panoramie Świętej Anny, tej, którą prawie widzę za oknami biura, gdy tylko Planty zrzucą liście. O Piotrze i Pawle – wciśniętych w gotycko-germańską (co tu dużo mówić) prostopadłość siatki ciasnych ulic. Pomyślałem o ekspozycji ich imienników… W Krakowie tylko Wawel nad płaskość wyrasta, nawet Skałka przysadziście rozsiadła, nie do skoku pręży. Tu niebo przede wszystkim ciężej głowę gniecie. A tam… Wilno! „Jest biedne ze swymi wielu kościołami, jak święty”.

Bruk

„W publicystyce są tematy aktualne politycznie, obojętne, mniej lub więcej ważne, albo sensacyjne. Bywają jednak tematy przykre, drażliwe, lub zgoła takie, o których niepodobna pisać spokojnie i rozważać je na zimno. Wywołują odruch zniecierpliwienia, czasami uczucie głębokiej przykrości”.  O tych „mniej ważnych” teraz. Notował gdzie indziej Józef Mackiewicz, w 1928 roku: „Zawarczał motor […] po nielitościwych brukach Wielkiej ulicy, po «bułyżnikach»…”. Spotykamy nie raz te z rosyjska wzięte kocie łby. Na przykład kilka lat później, obrazek z rynku, w Kraśnem nad Uszą: „Co chwila pada deszcz i olbrzymie, niezgrabne bułyżniki jezdni błyszczą jak lakierowane, gdy w przerwach zaświeci nagle słońce”. Widzimy wyraźnie zatrzymany kadr. O pogodzie – potem. Tiepier – o bruku.

Dawał się we znaki! W odczycie pt. Piękno Wilna i Ziemi Wileńskiej wygłoszonym podczas Zebrania Organizacyjnego Związku Pań Domu 18 stycznia 1931 roku, Ferdynand Ruszczyc dzieli się refleksją: „A jeżeli prawdą jest, że kamienie mówią – a u nas mówią niestety nawet brukowe – to mury wileńskie w swych nawarstwieniach, nawet w swych zniekształceniach od blizn i ciosów, mają specjalną wymowę”. W innym wykładzie (Tradycje sztuki w Wilnie i w Wileńszczyźnie), dla także budzącego dziś zazdrość zasięgiem zainteresowań audytorium – Towarzystwa Wiedzy Wojskowej w Lidzie – już bez ogródek przyzna (12 września 1922) o ukochanym mieście: „Wiem, że bruki stanowią najczarniejszą jego stronę”. (Przytoczmy regionalnie szeroki tytuł źródła słów malarza: Liść wawrzynu i płatek róży. Przemówienia, wykłady, odczyty, artykuły w języku polskim i francuskim. Wydanie pośmiertne pod redakcją i z ilustracjami Jana Bułhaka. Rysunki Ferdynanda Ruszczyca, Wilno 1937).

Nie dziwi, że i „dziennikarz wileński”, jak określi siebie Mackiewicz, zajmie się kwestią emblematycznej nawierzchni. Artykuliki z cyklu „o dziurze w ulicy”… – Topos żurnalisty działu miejskiego! (Odrobiłem przed laty w „Czasie Krakowskim” podobną pańszczyznę, zatrudniony w – utrzymywanym chyba trochę dla prestiżu – dziale reportażu). Musiał autor narastającego Buntu rojstów próbować uatrakcyjnić sztampę. (Pamiętam w 1991 roku zestawianie cen kontrabandowych Cameli na Starym Kleparzu, targowisku pod gmachem LOT-u, gdzie mieściła się przejściowo siedziba redakcji – dla rubryki Krakowskim targiem). Fakt uprawiania dziennikarskiej drobnicy przykuł więc mą uwagę w naturalny sposób. Po wstępnej lekturze nowych zbiorów (również Nie wychylać się! oraz Wrzaski i bomby) poczułem niewczesną potrzebę „usprawiedliwienia” pisarza. W recenzji pt. Czarne sterty serc nadmieniłem, że obecna jest w nich przecież „nie tylko problematyka symbolizowana przez urokliwy partykularyzm noty Na ul. Mickiewicza ułożono kostkę”. Tytuł ten bije rekord prostolinijności.

Temat przezwyciężenia bułyżnickiego problemu wraca. Wylewano w Wilnie asfalt (1930). Prócz niego – klinkier układają na Zamkowej (1932). Wydarzenie da pretekst do dalej niż perypetie inżynierii miejskiej podążającej refleksji: „A na klinkierze leży jeden z licznych bezrobotnych, pilniui, i śpi nocami, i śni sen o asfalcie, jak niegdyś sen o potędze śniono w wileńskich murach”. Jak wiemy, będzie i kostka (1938)…  Korespondent jawi się jednak jako miłośnik jednego typu powierzchni, do niego wraca, jemu hołduje. Zauważy z podziwem w Kownie: „Codziennie chodzę po asfaltach, które są równe jak stół, czyste jak lustro, a przez to wspaniałe”. A my szukamy po ulicach obu historycznych stolic Rzeczpospolitej miejsc, gdzie smolista cudowność nie skryła trylinki…

Żarty na bok – Mackiewicz uogólnia publicystyczne doświadczenie: „Rozpowszechniony jest bardzo typ dziennikarza, który reaguje na rzeczy najłatwiejsze”. Zbędne udowadniać, że on nie z takich. Jednocześnie: „W tej chwili nie chodzi już przeciętnemu dziennikarzowi, żeby się coś dowiedzieć, chodzi, żeby się dowiedzieć, dlaczego to coś okrywane jest tajemniczością”.  Szczególnie z kategorii rzeczy, co „przykre, drażliwe”. W tym gatunku odsłoni nam niespodziewanie oblicze miejskiego analityka, niekiedy – aktywisty. Od „dziury w ulicy” prowadzi do ogólniejszych spostrzeżeń, w których ujawni się nie tylko to główne, przebrzmiałe, stolic podobieństwo: „Wilno nieruchliwe i konserwatywne w afektach…”. Ówczesny gród żelaznego wilka, jako metafora współczesnego Krakowa? Polski całej: „Tylko u nas asfalt pęka i robi się jakieś z nim «próby», jakby to był nie normalny typ jezdni, a rakieta międzyplanetarna. […] Normalnie prace urbanistyczne traktujemy nie jako obowiązek, a wyjątkową zasługę. […] „Drażniące są te cmokania pochwalne, gdy się zrobi cokolwieczek”. Trafne słowo – „cokolwieczek”.

Śledzi nieśmiałe narodziny zjawisk nam znanych. Gentryfikacja: „Zmienione warunki bytu, wraz z nowymi ludźmi, całe napływowe życie o obcych dla wrodzonych interesów miasta cechach, przeprowadziły wyraźną granicę pomiędzy ruchliwym centrum miasta a pozostałymi dzielnicami”. Turystyfikacja: „Może to jest smutna prawda, ale prawda jednak, że dziś ruch zwiedzających dawną potęgę i przeszłość Wilna, jest najpoważniejszą gałęzią jego gospodarczego bytu…”. Właśnie w kultowym dla nas artykule Na ul. Mickiewicza ułożono kostkę zauważy: „Często słucham różnych opinij wileńskich mieszkańców, starożiłów czy przyjezdnych [cóż za piękne słowo – „starożiły” – P.Ch.], o gospodarce miejskiej, jej potrzebach, celach itd. Uwagi są czasem bardzo rozbieżne. Turyści zachwycają się Wilnem z reguły w zależności od pory roku i pogody. Widać w tym pomieszanie pojęć. «Starożiły», jako miarę porównania traktują zazwyczaj termin roku 1914”. Termin końca dawnej normalności.

Zaiste, sytuacja miejskich bezsensów wileńskich przypomina dzisiejsze, krakowskie  „charakterystyczne mędrkowanie i biurokratyzowanie dziury w całym”, czy budowanie „tamy na wyschłej rzece”, sytuacje, gdzie „uprzykrzano sobie życie takimi drobiazgami, wyłącznie dla uprzykrzenia stosowanymi”. Brakuje tylko betonozy, choć ta aktualnie dopadła i Wilno (rosyjski język gęściej dźwięczy wśród nowych bloków). Ale przecież pojawi się nuta heroicznego optymizmu: „Nie można w czambuł bagatelizować zewnętrznych objawów życia, małych wygód i większych przyjemności, nie można ciągle kwękać i dać się tej chandrze opanować po same szczyty Góry Zamkowej”. Błyśnie echo filozoficznej zadumy: „O czymże jeszcze wspomnieć wypada z bruku wileńskiego? – Chyba o tym… co nie zaszło”.



Klimat

Michał Kryspin Pawlikowski, 19 stycznia 1963 roku, o Zwycięstwie prowokacji – do autora, z Berkeley do Monachium: „Jako Polaka z języka i kultury najbardziej mnie boli oczywiście polrealizm. Warto jednak żeby nie tylko Polaczkowie-polrealiści zapoznali się z tą książką”. Częściej niż owo pogardliwie pobrzmiewające zdrobnienie zjawia się w korespondencji ciepło-wschodnie „Polacziszki”. Na przykład konstatacja z 4 listopada 1969: „Polacziszki w ogóle nie lubią prawdy”. Nie lubią, choć do upadłego zaczynają ostatnio twierdzić, że… ciekawa. Kilka miesięcy wcześniej (29 maja) zwierzy się Pawlikowski: „– Co prawda chwilami brak mi «rodaków», ale najczęściej cieszę się, że jestem daleko od tego gniazda zdychających os”. Przyjaciel już dawno i nie raz określił się w tej mierze: „Dopiero teraz u Cervantesa przeczytałem jak się poluje gronostaja: obkłada się kryjówkę różnorakim brudem i wystrasza go z gniazda. Gronostaj ucieka, dobiega brudu i staje w miejscu. Ma bowiem futerko tak białe i czyste, iż woli się dać złapać, lub nawet zabić, niźli go zbrukać. Polacy raczej dadzą się zabić, niż pominąć okazji aby innego w brudzie wymazać” (29 września 1951). – W swej „prawdzie” wymazać.

Nie na ten wątek przeciekawych listów skierujmy uwagę. Znów Pawlikowski, 30 września 1967: „Nie wiem czy wiesz, że od czasu do czasu wymieniam listy z Twoją siostrą p. Orłosiową. Otóż, niedawno napisała do mnie całą prelekcję na temat, że bez Warszawy żyć by nie mogła, że to jej ojczyzna itd. Odpowiedziałem, że w swoim czasie, zwłaszcza przed 1-ą wojną, lubiłem Warszawę, głównie dlatego, że tam «każdy dorożkarz mówi po polsku», ale że Warszawa nie jest i nigdy nie będzie moją «ojczyzną». Że jeżeli są Litwini, którzy czy to Warszawę czy Szczecin uważają za swoją ojczyznę, to w takim razie moją jest Kalifornia, bo w niej mieszkam od 17 lat!”. Kalifornia! Naprowadzi na zuchwale wyrażone przez Mackiewicza życzenie. Apetyt z cyklu: uważajcie na marzenia. Wracamy do tomu Najstarsi tego nie pamiętają ludzie – narzekając na początku 1933 roku na Trzy miesiące bez słońca wzdycha: „Podobno jednak najpiękniej jest teraz w Kalifornii, tylko w Kalifornii, tylko, tylko w Kalifornii…”.

Wpadnie sama przed oczy, z innego miejsca książki, strofa – „Wypadki to wszystko zabawne, albo też smutne na przemian”… Bo przecież pięć lat później przerwie wiosenny pean: „Zapomnieliśmy o klimacie tylko. Mamy przepodły klimat. Najpiękniejsze dnie bywają zatruwane następnie przez najbrzydsze w Europie”. Bywa i na to lekarstwo. Po śmierci przyjaciela (1972), w tekście go wspominającym pod bezpretensjonalnym tytułem Michał K. Pawlikowski  wyjawi przeszłą, wileńską prawdę: „Piło się za dużo u nas. Za dużo piło się wódki w okrojonej stolicy dawnego Wielkiego Księstwa od zachodu i wschodu. Przegadywało przy stoliku sposoby geopolitycznego rozwiązania: kiedy Litwini puszczą spław drzewa po Niemnie i Wilii? Kiedy otworzą dawną «Libawsko-Romeńską» do Libawy? Prof. Mieczysław Limanowski przyjechał z Redutą Osterwy i nagle rozentuzjazmował się do drugiej Gdyni, którą chciał widzieć w Drui, nad Dźwiną, spławem do Rygi! Śmieszne to było wszystko. Za ciasno. Piło się dużo. A wódka pochłania nie tylko masę czasu, ale i wypacza charaktery”.

Te zdania, to jakby leżący przed nami cały tom w pigułce. Czy część jego ważna. Te zdania wiodą nas w konkret miejsca: „Czasem przy brudnym oknie kawiarni, nad jaką herbatą z ciastkiem marcepanowym, można się namyśleć… dokąd? Sakramentalna Riviera?”. Wylicza upragnione ucieczki egzotycznej miejsca. Tu, za szybą przejechał „jeden, i drugi, i siódmy arbon, i kilka dorożek, i jedna taksówka. Przeszło przechodniów może z pięćdziesiąt a może i sto, i tyle a tyle twarzy znajomych. Dobrze, że okno jest takie brudne, trzeba by się ciągle kłaniać”. Wreszcie pojawi się znany sen o gorącej Kalifornii. A nam nieuchronnie wedrze się cytat ze słowem „wódka” w pasmo tej audycji: „Przyjaciele nie pomogą. Za przyjacielskie pieniądze kieliszek wódki można wypić, ale hotelu ni szosy nie zbudujesz”. Nieuchronnie, choć nie tylko historia i geografia polityczna wyzwalają okoliczności, w których: „Kwaśno śmierdzi z kuchni. Duszno, zadymiono, pijano i nudno” (że znów przywędruje z boku pasujący puzzel, wers wynotowany – tym razem – z tomu Wrzaski i bomby). 

Jaki jednak finał epizodu z czajem i marcepanem? Garmażerią, w którą od początku nie bardzo chce się wierzyć? „Teraz jest zimno, śniegu nie ma, szaro, brudno, nudno.

– Pójdziem chyba na kieliszek wódki, a?

– Dobrze, nie chce się nic robić.

Poszli. A kto winien? – Klimat umiarkowany. Trzy miesiące nie świeci słońce”.

Mackiewicz zaklina nawet język, czytając owego ciemnego 3 stycznia depeszę o zwycięstwie Włocha Stefaniego w tenisowych mistrzostwach Indyj WschodnichKalkucie: „Każdy z tych wyrazów, przy bliższej analizie, wywołuje optyczne wyobrażenie zjawiska, pozostającego w koniecznym związku ze słońcem”. A przecie jego przyjście, to tylko kwestia czasu. Znów: „Otucha, nie otucha, a wszystkoż w serce wstąpiła pewna przemiana. Jakby bliżej do światła i świata, jakby energia jakaś w żyłach odezwała się”. – Zima minie: „Stare brzozy dostały już wprawdzie młode pęki. Stare szpaki już przyleciały wyprowadzać swe młode. Zamiast deszczu mamy słońce. Wyschło zupełnie nagle błoto, od nagle przybyłej wiosny. Jeziorka są granatowe w obręczy sitowia jeszcze żółtego, ale już przemyka brzegiem czajka. Nad brutalnie odrąbanymi kikutami szyn kolei Libawo-Romeńskiej, w Zawiasach, lata motyl”. Czas powiedzieć, co oznacza ta żelazna droga o uciętych torach, jeden z symboli ojczystego rozdarcia.

Worek

„Tak nam tu ciasno w tym worku zamkniętych granic, że chyba… w górę” – namawia Józef Mackiewicz do startu Fokkerem z Porubanku. Nie teraz zerwiemy się razem do dosłownego lotu, nie teraz. Tymczasem – symboliczne wzniesienie się, wspólna tęsknota, wołanie tylko o „granice szersze, rozmach większy i powietrza więcej”. Rozpłatane ciągle w 1938 roku WXL: „Czyż nie musimy sobie raz wreszcie odważnie powiedzieć, że odrodzenie Rzeczypospolitej przywróciło normalne warunki rozwojowe tylko Koronie, zaś akt traktatu ryskiego dokonał na ciele Wielkiego Księstwa Litewskiego nowego i największego w jego dziejach rozboju, przerąbywując go w poprzek na trzy, izolowane kolczastymi drutami, kawałki. Część kadłuba, z Wileńszczyzną (często porównywaną do wyrostka robaczkowego), która pozostała przy nas, przechodzi zatem normalny kryzys chorobowy, jakim ulega każdy okaleczały organizm”.

Przecież – „Grodno ulepione jest z tej samej co Wilno gliny, łączyło nas wszystko dotychczas, a dzieli tylko 150 kilometrów drogi. Szkoda, że te drogi zaczynają się rozchodzić, że ktoś systematycznie rozsupłuje węzeł, którym związani byliśmy wspólną historią od wieków”. Splot w końcu – brutalnie rozcięty (użyjemy wyświechtanego zwrotu, kolokwialny on, a prawdziwy). Wciąż coraz więcej kolczastych barier na Litwie historycznej, murów podnoszonych z doraźną satysfakcją, bez wiedzy o przeszłości, bez myśli o jutrze. Rozważania Mackiewicza wychodzą poza skalę Wileńszczyzny: „Libawa, która starczała niemal za całe Państwo Łotewskie w ruchu, handlu i przemyśle, starczy dziś za przykład nienormalnej sytuacji, jakiej uległ w rozczłonkowaniu ten skrawek Europy. Jest coś ponad miarę po prostu przygnębiającego w widoku miasta, które już nie tylko dźwignąć, ale po prostu oswoić się jeszcze nie może z własnym upadkiem”. My jakby  przyzwyczailiśmy się do zapaści tylu innych miejsc. Osiemdziesiąt lat temu wypowie przestrogę po zniesieniu kordonu, o czasie, którego nie da się cofnąć. Znajdź ją, Czytelniku, poznaj.

I jeszcze: „Z chwilą utworzenia granic roku 1920 i rozczłonkowania Księstwa, wykrojone z jego całości jądro, które przypadło Polsce, straciło swą geopolityczną fizjonomię i nie nadawało się do żadnej z poprzednich nazw”. Zdziwi spostrzeżenie: „[…] miano «kresy» jest nieistotne, ponieważ wszystkie, prócz jednego, województwa Polski, leżą na kresie granicy państwowej, poza tym nielubiane jest przez autochtonów «kresowych», którzy się tu przywykli czuć we własnym centrum”. Tak, lubelskie tylko nie było „kresami”; dziś jest. Z rocznym wyprzedzeniem prefiguruje słowa słynnej niebawem kontrowersji: „Już my wilnianie, nie będąc nawet w Kownie, prędzej zwąchamy, że «coś tu nie tak»”. My wilnianie… Pierwszy, i po litewsku artykuł, po zniszczeniu II RP…

Ale: „Kto zna tutejsze masy, ten wie, jak surowy i pierwotny przedstawiają materiał, jak trudny do wychowania, różnoplemienny, różnojęzyczny, ciężki w kierowaniu chociażby przez rozstrzelenie kultur, jakie nań działały”. Cenne i… celne. A tu kwintesencja regionalizmu – my wilnianie: „I czyż później można się nam dziwić, ale jednocześnie czyż nad smakiem naszym nie należy się litować, jeżeli z sentymentem patrzymy na kocie łby i brudne rynsztoki, jeżeli tym sentymentem obdarzamy rzeczy w istocie swej brzydkie, ale jednocześnie prawdziwe, lokalne, w istocie swej jedynie może regionalne?”. Cytuje Polkę z Laudy (co mogłoby dać punkt wyjścia do rozważań, że inaczej trzeba traktować rodaków na Wschodzie i Południu, inaczej na Zachodzie): „…«tu nasza ojczyzna! […]. – Ja nie rozumiem jak mogą niektórzy, a nawet nauczyciele, wmawiać czasami, że ojczyzna ich, to Polska. Tu wyrośliśmy i tu pozostaniemy…»”.

Cytuje stamtąd Polaka: – „…nie Wilno przyłączyć do Kowna, ale Kowno przyłączyć do Wilna. Litwa bez Wilna nie jest Litwą, a raczej […] nacjonalistyczną republiczką, którą my, prawdziwi Litwini, za Litwę uznać nie możemy”. Może – Litwa bez Nowogródka, Mińska i Witebska nie jest Litwą? A gdzież Smoleńsk, Newel, Siebeż i Uświat? Gdzież także Suwałki? Może dzisiejsza Litwa w całości powiela dodatkowo kryzys Wilna z czasów zamknięcia w „worku”? „Dziś najbardziej aktualną i możliwą rzeczą jest udostępnienie Wilnu, choć częściowe, czerpania ożywczych soków z głębszych terenów. Wielkość miasta, jego rozwój, od wieków pozostawały w prostym stosunku do wielkości obszarów, na jakie Wilno ongiś promieniowało. A były to obszary olbrzymie! Dziś Wilno jest jak ta roślina, której korzenie nie mogą znaleźć życiodajnych soków w zbyt ciasnej doniczce i powodują powolne zamieranie całej rośliny”. Dawne „dziś”, we „wczoraj” się nie zmienia. Choć „aktualne” nie znaczy już „możliwe”.

***

„A ranek wstał rzeczywiście jasny od słońca, mokry od rosy, złoty od brzóz i klonów, czerwony gronami jarzębin…” (tylko czemu odruchowo czytamy w tym miejscu: „dronami” – „czerwony dronami jarzębin”?)… I dalej: „…cichy bo bezwietrzny. Pełen woni świeżych jabłek, zeschłego listowia. – A dwór stał biały jak płatek śniegu, czerwoną dachówką kryty, mały, schludny, swojski”. Jakiż tęskny pejzaż! Ale i wcześniej błyska niewytłumaczalna tęsknota za owym bardzo, bardzo dalekim rokiem, rokiem, gdy rodził się mój ojciec (1928). W opisie przeczucie końca: „…uprzejmi gospodarze i piękna pani domu. Wszystko jak za dawnych złotych czasów o takiej, o takiej samej złotej jesieni.

No naturalnie: jakże tam zbiory? a kiedy państwo do Wilna? A karnawał tegoroczny czy się będzie dobrze zapowiadał – kto to wiedzieć może? Czy pan tańczy?… O wszystkim po trosze się gwarzy. I o polityce trochę i o chłopach naszych, co ich dziś agenty buntują różnych partyj”. Wieczór gdzieś między Dziewieniszkami a Subotnikami, na Trakcie Lidzkim… Ale tu, zaraz… Drugi cytat:. „W pół drogi ten wielki ongiś szlak przecięty jest dziś granicą”. W nim mowa o drodze przez Mejszagołę, do Szawel, a dalej: „ba – na Janiszki do Rygi…”. Inny mur, ta sama zbrodnia dla tej ziemi. Dziś jest i trzeci, i czwarty, i piąty. Ostatni – najsroższy: świadomości, idei, pamięci.

Chyba w stolicy tak niemiłosiernie pożętego kraju Józef Mackiewicz nie chciałby jednak docześnie lec. Tym bardziej, że obserwując pośpieszną logikę i radosną (celowo użyte słowo) twórczość państwowych grabarzy, ochoczo i z nagła (a przecież „…chodzi, żeby się dowiedzieć, dlaczego to coś okrywane jest tajemniczością”?) przenoszących z Newark prochy trzech prezydentów sądzę, że o Barbarze Toporskiej po prostu by nie pomyślano. Podobnie, jak o żonach emigracyjnych notabli… Zapomniano o niej przy domku w Czarnym Borze. Zapomniano o niej przy nieprzemyślanej inicjatywie „Roku Mackiewicza” („…chodzi, żeby się dowiedzieć…”). Pytał wielki pisarz o swe Księstwo, a my generalniej podsumujemy: „Gdzie jest dziś ta siła moralna i materialna, która by idei naszego odrodzenia przyszła w sukurs?”.

Mackiewicz, Najstarsi tego nie pamiętają ludzie, wyboru artykułów i felietonów z lat 1924–1940 dokonał Michał Bąkowski, opracowała i przypisami opatrzyła Nina Karsov, J. Mackiewicz, Dzieła, t. 33, Kontra, Londyn 2021. Przytoczone cytaty, o ile nie podano inaczej, pochodzą z powyższej książki, a każde pogrubienie – od autora artykułu.

***

NA NASTĘPNYM ETAPIE SWOBODNEGO SPACERU Z JÓZEFEM MACKIEWICZEM, pod tytułem Pączki na iwach SPOTKAMY FRAGMENT:

„…«Już widać matnię. Zbliża się, idzie ku nam. Wszystkie oczy zbiegły się w matni». Ale tutaj to nie gradacja nadchodzącej dziejowej tragedii… Nie wiedziałem, że «matnia» to rybackie słowo: «Pusta. Kilka okoni, trochę płotek, parę szczupaków, które rzucić trzeba z powrotem, bo za małe. Dużo zielska i trawy». We wcześniejszym zdaniu zapowiedź akcji na jeziorze Galwe pod Trokami: «Biorą jedną toń». I ja w tym odcinku… biorę jedną toń…”. Czyli: stylu, języka, nastroju i opisu miniatury.


Tekst powstał w ramach projektu pt. „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Paweł Chojnacki
Paweł Chojnacki
(1968) dr filozofii w zakresie historii społecznej (UCL), magister historii (UJ), zatrudniony w Biurze Badań Historycznych IPN w Krakowie, współpracownik Instytutu Historii PAN. Opublikował m.in. biografię Reemigrejtan. KIEDY ZYGMUNT NOWAKOWSKI WRÓCI WRESZCIE DO KRAKOWA?! (Kraków 2019). Także eseista, krytyk i polemista, od 1989 roku członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP).

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!