KUŹ: Niech sobie gnije

fot. commons.wikimedia.org

To co się dzieje na Ukrainie przyniesie jeszcze wiele ofiar i ludzkich tragedii. Po wycofaniu się z Chersonia wojna jest już jednak dla Kremla przegrana. Co nastąpi po niej? Osobiście boję się chyba bardziej reform i odbudowy relacji Rosji z Zachodem niż jej powolnego rozkładu i wejścia w strefę wpływów Chin. Ale to tylko moja, nieznośnie polska perspektywa.

W pewnym sensie nawet tragedia w Przewodowie pokazuje, że Moskwa jest w coraz mniejszym stopniu podmiotem, a coraz bardziej przedmiotem polityki zagranicznej. Spiera się Polska z Ukrainą przy asyście USA o trajektorię, o odpowiedzialność, o śledztwo. To, że rosyjska agresja leży u podstaw całego zdarzenia jest zaś poza dyskusją; nasz MSZ więc profilaktycznie obsobacza rosyjskiego ambasadora, a potem wszyscy zainteresowani dają już sobie spokój z tym, co on i jego mocodawcy mają ewentualnie do powiedzenia. Na szczycie G20, który trwał jeszcze w chwili tragedii, Putin się nawet nie pokazał, Siergiej Ławrow szybko zaś z Bali uciekł. Owszem, na Ukrainę spada grad pocisków, gasną światła. Potem jednak ekipy naprawcze naprawiają linie. Dmitrij Pieskow natomiast z rozbrajającą szczerością stwierdza, że chodzi tylko o to, aby Ukraina choć usiadła do stołu negocjacyjnego. A więc na froncie nie ma już kim walczyć, a za ostatnie zapasy rakiet Moskwa chce sobie kupić prawo do zatrzymania okupowanych resztówek na wschodzie, by jako tako to w propagandzie wyglądało.

Właściwie teraz pozostaje już tylko pytanie co dalej? Putinowi na pewno trudno będzie utrzymać władzę w perspektywie najbliższych dwóch lat. Jak już pisałem, może w ostatnim akcie desperacji spróbować czegoś dramatycznego. Na przykład, jedna z rakiet która we wtorek spadła na Kijów miała być głowicą nuklearną z wymontowanym ładunkiem. Ot taka mała demonstracja. Nawet jeśli jednak Putin ucieknie się do czegoś podobnego, to władzy raczej i tak nie utrzyma, a jego właśni ludzie starać się będą w swoim dobrze pojętym interesie powstrzymać nuklearny armagedon. Wielkimi krokami zbliża się więc moment, kiedy rosyjscy możni, a więc tzw. siłownicy (służby i wojskowi) oraz powiązani z władzą kluczowi oligarchowie będą musieli sobie razem usiąść i porozmawiać o przyszłości. Czarnym Piotrusiem pozostają oczywiście nacjonaliści, nieoceniony Aleksander Dugin już zdystansował się na swoim koncie  telegramowym do Władimira Władimirowicza tak mocno, że zaczął sugerować jego zabójstwo.

Któż więc po nim. Stary kagiebista i typowy siłownik Nikołaj Pastuszew? Gładki technokrata Siergiej Kirijenko? A może, w ostatniej chwili na podium wskoczy jakaś neonazistowska kreatura pokroju Jewgienija Prigożyna? Może zaskoczę czytelników, ale uważam, że poważne szanse ma też przebywający obecnie w kolonii karnej Aleksiej Nawalny. Powiem więcej, fakt, że jest to człowiek osobiście niezwykle odważny i posiadający poważną wizję polityczną bardzo mnie jako Polaka martwi. Cała ta kremlowska menażeria może bowiem tylko rozciągnąć w czasie rozpad współczesnej Rosji, ów błogi dla nas w Europie Środkowo-Wschodniej stan, kiedy to Kremla nikt, z Chinami włącznie, o nic już właściwie nie pyta. Tylko Nawalny ma tymczasem sensowny pomysł, jak Rosję reanimować i odbudować jej związki z Zachodem. Będąc, jak na rosyjskie warunki, liberałem, nie przestaje przy tym być imperialistą, który Krymu przecież nikomu oddawać nie zamierza, jak nie przymierzając nadgryzioną „kanapeczkę”. Cóż, jak wiadomo, krasnoludów i rosyjskich polityków nie-imperialistów nie ma.


Jeszcze bardziej niepokoi mnie przy tym fakt, że nie mam wątpliwości, iż Nawalny jako rosyjski przywódca jest największym marzeniem Berlina. Pracowałem akurat w stolicy Niemiec kiedy rosyjskiego dysydenta leczono po próbie otrucia  w słynnym szpitalu Charité. Pamiętam z jaką nadzieją i uwielbieniem pisała o nim niemiecka prasa. Pamiętam też, że sam podziwiałem odwagę Nawalnego gdy, krótko po opuszczeniu szpitala, wsiadł do samolotu lecącego do Moskwy. Wiedzieliśmy wszyscy, to jest osoby zajmujące się polityką zagraniczną, że zostanie natychmiast aresztowany. Byli tacy, którym wydawało się, że wkrótce zginie. On jednak przeżył, mało tego nie przestał z więzienia pisać i agitować. Nie umiem w przypadku kraju takiego jak Rosja tego prostego faktu wytłumaczyć inaczej niż tym, że jest jakaś grupa ludzi nader wpływowych, którzy potrafią Nawalnego jednak przy życiu utrzymać. Być może tak jak istnieje partia rosyjska w Niemczech, tak też jest i niemiecka partia w Rosji? Nie podoba jej się zapewne to co zrobił Putin, liczy jednak na możliwość powrotu do dawnych dobrych czasów. Przy takim założeniu Nawalny wsiadający w 2021 do samolotu w Berlinie przypominałby bez mała Lenina wsiadającego w 1917 do pociągu w Zurychu. Może nawet w obu przypadkach kupiły im bilety te same zgoła niemieckie instytucje?

Tak czy owak, z dużą uwagą przeczytałem przesłanie Nawalnego o odbudowie Rosji, które pod koniec września opublikowało na raz kilka dużych zachodnich gazet. Rosyjski dysydent proponuje po Putnie reformę konstytucyjną państwa, stworzenie republiki parlamentarnej (system kanclerski), zwiększenie roli władz lokalnych, konsensualizm, zakończenie wojen z państwami ościennymi, sanację i modernizację, a przede wszystkim odbudowanie relacji z Zachodem. Zaklina przy tym zachodnich przywódców, aby za żadne skarby nie stawiali na kolejnego farbowanego lisa, tak jak to było z Dimitrijem Miedwiediewem lub, co gorsza, na prostą kontynuację putinokracji.

Pomijam już fakt, że sama taka rewolucja à la Nawalny może skręcić w złym kierunku. To jeszcze nic, jako Polska prawdziwie problemy będziemy mieli dopiero, jeśli wszystko się uda zgodnie z zamiarami. Krytykując zagubionych realistów, nie należy bowiem w polityce zagranicznej tym bardziej dawać wiary liberalnemu utopizmowi, który mówi, że jeśli tylko przejmiemy z grubsza tę samą kulturę polityczną, to żyć już będziemy w pokoju wieczystym.

Liberalizm nie kończy bowiem historii, a rządzone przez liberalne elity imperia to wciąż imperia, które pozostają bezwzględne w swoich strefach wpływów. Byli poddani korony brytyjskiej, a już zwłaszcza belgijskiej, mogliby na pewno coś o tym powiedzieć. Jeśli zaś współczesna polityka liberalnych przecież Niemiec także trąci nieco imperializmem, to proszę sobie tylko wyobrazić, że w 1944 udaje się zamach von Stauffenberga. Potem dzielny pruski oficer mógłby nawet zostać czołowym politykiem i szybko dogadać się z aliantami. Niemcy zachowałyby swoje wschodnie ziemie, a rządziłaby właściwie niezreformowana klika rasistów, imperialistów i polakożerców, którzy mieli wszak dość rozeznania, by zauważyć, że po przegraniu bitwy stalingradzkiej i kurskiej, a potem lądowaniu we Włoszech (tuż przed zamachem) nie ma już szans na zwycięstwo w polu.

Jestem chyba jednak za bardzo Polakiem, by dawać wiarę Fukuyamie i zakochiwać się w Nawalnym. Choć zapewne inaczej patrzyłbym na to będąc Rosjaninem. Polityka to zawsze kwestia tożsamości. Dlatego po Putinie najchętniej widziałbym na Kremlu jakiegoś karaluchowatego aparatczyka bez krzty charyzmy. Niech Rosja sobie jeszcze pognije, choć zapewne jest to dla Zachodu nieco denerwujące w przypadku mocarstwa jądrowego. Gdyby jednak głowice miały być przez nią użyte, to najpewniej już by to nastąpiło. W okresie głębokiej smuty staną się one zaś tylko zasobem, trochę jak przedtem ropa i gaz, który to zasób nasz aparatczyk chętnie za coś przehandluje.

Natomiast wielkie reformy, liberalizacja, system kanclerski, w Rosji?! Oby nas-Polaków to ominęło! Gdyby na początku minionego wieku udały się liberalne reformy premiera Piotra Stołypina pewnie wszyscy do dziś mówilibyśmy po rosyjsku, a kto wie, czy nie mówiliby tak i mieszkańcy Brandenburgii. Niestety historia to nie koncert życzeń i właśnie dlatego musimy być krajem jak najlepiej uzbrojonym oraz technologicznie zmodernizowanym. Zwłaszcza wtedy, gdy wszystko sugerowałoby, że Rosja jest już słaba, a w przyszłości będzie pokojowa.


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Michał Kuź
Michał Kuź
doktor nauk politycznych i publicysta, w latach 2018-21 również w służbie dyplomatycznej. Współpracował m.in. z „Nową Konfederacją”, „Pressjami” i „Rzeczpospolitą”, a obecnie jego eseje i analizy poza „Magazynem Kontra” ukazują się także w „Rzeczach Wspólnych” oraz „Teologii Politycznej co tydzień”. Absolwent Louisiana State University, pracuje jako wykładowca w anglojęzycznym programie International Relations na Uczelni Łazarskiego.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!