Pomnik katyński w Chicago: dar półsieroty, możliwy dzięki wielkoduszności kaleki

fot. z lewej dziecięcy rysunek autora pomnika; z prawej – pomnik katyński z Chicago

Emigracja jest niemal zawsze utykaniem – niepewnym poruszaniem się po obcym gruncie. Dlatego dla emigrantów ważne są miejsca, które dają poczucie zadomowienia. Wojciech Seweryn dał nam takie właśnie miejsce. Polskie miejsce pamięci i nadziei w sercu obcego imperium. Gdzie, pomimo odczuwanej tęsknoty, możemy wznieść nasze serca w górę.

Wojtek był wrażliwym dzieckiem. Opatrzność obdarzyła go talentem plastycznym, który ochoczo rozwijał. Dużo rysował i malował – niestety jego twórczość nie zawsze była radosna i jasna. Czasem trudno było w niej dostrzec bogactwo i szczęście dziecięcej wyobraźni; zdarzały się prace niepokojące. Czerpały one z jego snów i tęsknoty za ojcem. Przedstawiały kostuchę, ciemny las i mogiły żołnierzy. Bez wątpienia, nie tak powinny śnić dzieci i nie tak powinny rysować. Jednak los i historia miały inne zdanie. Dyktowały Wojtkowi takie właśnie sny. Inspirowały takie właśnie rysunki.

Można podczas pogrzebów usłyszeć z ust księży zdanie, że strata bliskiej osoby to nie wyrwa w murze, którą sprawny fachowiec może na nowo wypełnić, lecz wyrwa w sercu. Jej tak łatwo załatać się nie da. Potrzeba czasu, a i tak rana może się do końca nigdy nie zabliźnić, przypominając o sobie regularnie ukłuciem tęsknoty i bólu. Wojtek widział ojca tylko raz w życiu, w tarnowskim szpitalu – jesienią, gdy wybuchła wojna. Bezpośrednio po narodzeniu, słabym wzrokiem noworodka. Potem brutalny nurt historii porwał mu tatę i już nigdy go nie zwrócił. Złowieszcze słowo KATYŃ dodało synowskiej tęsknocie mroku. Dociążyło ją balastem zbrodni i związanego z nią kłamstwa. Jego ojciec, Mieczysław, został zabity właśnie tam.

Synowska tęsknota połączona z potrzebą upamiętnienia i odkłamania historycznej zbrodni stała się tą siłą, która kształtowała los Wojciecha. Trudności dorastania jako półsierota o reakcyjnym pochodzeniu, zdobywanie wykształcenia, wreszcie założenie własnej rodziny i decyzja o emigracji do Chicago – to wszystko nie tylko nie wypłukało z jego serca powinności upamiętnienia ojca, ale ją umocniło. Artystyczna edukacja dała mu cenne narzędzia. Oddana, patriotyczna i katolicka rodzina była wielkim wsparciem – tak w ojczyźnie, jak i na wychodźstwie.

Wsparciem była również parafia – chicagowskie Jackowo. Wierzący, którzy posmakowali emigracyjnego chleba, wiedzą, że na obczyźnie polska parafia znaczy więcej niż w kraju pochodzenia. Jest namiastką ojczyzny. Miejscem, gdzie można nie tylko swobodnie się modlić, ale również poczuć się swobodnie wśród swoich rodaków. Wokół kościoła świętego Jacka pączkowały liczne polonijne grupy. W nich polscy emigranci mobilizowali się do wspólnych wysiłków – modlitewnych, społecznych, patriotycznych. Dla wielu z nich było to jak haust świeżego powietrza.

Tam, gdzie praca nie przynosiła wielu żadnej satysfakcji, poza finansową, a amerykańska obyczajowość nie dawała nic, prócz poczucia absurdu i obcości, możliwość zawiązania wspólnoty i zaangażowania w szlachetne przedsięwzięcia przy parafii była czymś nieocenionym.

Na Jackowie Wojciech służył swoimi talentami, przygotowując kościelne dekoracje. Dbał o to, by pamięć o Katyniu była pielęgnowana i widoczna w wystroju kościoła podczas kolejnych rocznic zbrodni. W polonijnym, katolickim środowisku poznał również wiele osób, które dzieliły podobną historię i podobny ból. Dojrzewała idea, by upamiętnić ofiary katyńskiej zbrodni na szerszą skalę. Postawić im pomnik, który na stałe wpisze się w pejzaż chicagowskiej aglomeracji. 


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie


Droga do realizacji tej idei była rozciągnięta na długie lata. Przygotowanie projektów wymagało pracy i czasu. Gromadzenie potrzebnych środków także było wielkim i czasochłonnym wyzwaniem. Wojciech nie obracał się wśród milionerów czy przedstawicieli chicagowskiej elity. Zbierał wdowi grosz pod polonijnymi kościołami. Organizował bale, z których dochód płynął na zamierzone dzieło. Wspierali go ideowi, polscy emigranci, którzy jednak – wziąwszy pod uwagę amerykańskie realia – dysponowali zwykle niewielkimi zasobami finansowymi. Opatrzność jednak uśmiechnęła się do Wojciecha. Postawiła na jego drodze prawdziwie możną osobę, która w wymiarze materialnym stała się największym dobrodziejem misji upamiętnienia katyńskiej zbrodni na chicagowskiej ziemi. Był nią ówczesny arcybiskup Chicago.

Kardynał Francis George jako dziecko przeszedł chorobę Heinego-Medina, przez co kulał do końca swojego życia. Widoczne problemy z poruszaniem się zamknęły mu drzwi do chicagowskiego seminarium. Szczęśliwie, utykającego kandydata przyjęli do siebie oblaci. Dzięki temu zgromadzeniu doszedł on do kapłańskich święceń, zdobył szerokie wykształcenie i wspiął się wysoko w kościelnej hierarchii. Do diecezji, która niegdyś go odrzuciła, wrócił jako jej pasterz.

Ten właśnie utykający kardynał znalazł zrozumienie dla sprawy polskich emigrantów, chcących upamiętnić swoich bliskich. Być może intuicyjnie rozumiał, że emigracja w pierwszym pokoleniu jest prawie zawsze utykaniem – niepewnym poruszaniem się po obcym gruncie. I że ważne są wówczas miejsca, które dają poczucie zadomowienia. Hierarcha bez wahania podarował ziemię pod pomnik. Miejscem monumentu stał się katolicki cmentarz świętego Wojciecha, położony w podchicagowskim Niles. 

W projekcie przygotowanym i zrealizowanym przez Wojciecha prawda o katyńskiej zbrodni wyrażona została językiem religijnym. Językiem, w który wsłuchiwał się on w parafialnym kościele w rodzinnym Żabnie, pod Tarnowem, i w bazylice świętego Jacka w Chicago. Kostucha nie góruje już nad wszystkim jak na dziecięcym rysunku. Z katyńskiego pomnika na cmentarzu w Niles, przebija wiara, że Jezus Chrystus zwyciężył śmierć, a na życie rzucił światło przez ewangelię. Wiara, że również wielkie zbrodnie należy wystawić na światło dobrej nowiny, by nie ulec pokusom rozpaczy czy nienawiści. Przedstawiony w pomniku poszarpany orzeł, pozbawiony głowy, przywołujący trudne, ojczyste dzieje, nie tłumaczy się sam. Kluczem jest stojący przed nim krzyż – brama do królestwa sprawiedliwości i miłosierdzia. Znajdujący się pod krzyżem, poległy żołnierz w polskim mundurze, z przedziurawioną głową, nie jest jedynie obrazem dziejowego okrucieństwa, które odbiera ojców synom. Znajduje się on bowiem w objęciach Bolesnej Matki, która jest świadkiem przejścia przez ciemności Wielkiego Piątku do radości wielkanocnego poranka.


CZYTAJ TEGO AUTORA:


Po tym jak pomnik został ukończony i poświęcony, Wojciech czuł się człowiekiem spełnionym. Jednak nie cieszył się zbyt długo spokojem i satysfakcją, które płyną z wypełnionej powinności i dobrze wykonanego dzieła. Jego zasługi zostały zauważone w ojczyźnie. Został zaproszony przez głowę państwa do uczestnictwa w obchodach siedemdziesiątej rocznicy zbrodni katyńskiej. Przyznano mu miejsce w samolocie. Ciąg dalszy wszyscy znają, gdyż pamiętny, tragiczny sobotni poranek pozostawił w pamięci Polaków trwały ślad. Samolot runął na ziemię. Wojciech Seweryn, wraz z innymi członkami delegacji, zginął. Brutalny nurt wielkiej historii, który porwał niegdyś ojca, teraz zabrał syna. 

Pomnik katyński do dziś stoi na cmentarzu świętego Wojciecha w Niles i stanowi ważne miejsce dla chicagowskiej Polonii. Przy nim odbywają się patriotyczne uroczystości w dni ważnych dla polskiej społeczności rocznic. Ale to nie tylko miejsce wspomnień wielkich historycznych wydarzeń. W listopadzie wielu Polaków przychodzi pod pomnik, by modlić się za swoich bliskich. Odległość, koszty, a czasem nieuregulowana sytuacja emigracyjna sprawiają, że podróż do ojczyzny, by nawiedzić groby, jest niemożliwa. Pomnik, który powstał z tęsknoty syna za utraconym ojcem, pomaga wielu jako miejsce, w którym mogą oni poprzez modlitwę wyrazić swoją własną tęsknotę za bliskimi, pochowanymi w Polsce. Krzyż i Bolesna Matka pomagają im wznieść w górę obolałe serca i otworzyć je na nadzieję płynącą ze zmartwychwstania. Ów wymiar osobistej tęsknoty i nadziei, związany z pomnikiem, jest równie ważny jak to, co (poprzez uwikłanie w świat władzy i polityki) uchodzi za wielką historię. Niewykluczone nawet, że jest to wymiar ważniejszy.

Emigracja jest bowiem niemal zawsze utykaniem – niepewnym poruszaniem się po obcym gruncie. Dlatego dla emigrantów ważne są miejsca, które dają poczucie zadomowienia. Wojciech Seweryn dał nam takie właśnie miejsce. Polskie miejsce pamięci i nadziei w sercu obcego imperium. Gdzie, pomimo odczuwanej tęsknoty, możemy wznieść nasze serca w górę.

Wspieram dobrą publicystykę

75% ( 3000 / 4000 zł )
Wspieram!

Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Ks. Maciej Koczaj SChr
Ks. Maciej Koczaj SChr
ksiądz, zakonnik należący do Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii. Pochodzi z Dębicy. W 2015 roku złożył w zgromadzeniu chrystusowców profesję wieczystą. W kolejnym roku, w katedrze poznańskiej przyjął święcenia kapłańskie. Obecnie mieszka, posługuje i studiuje w aglomeracji chicagowskiej. Współpracuje z kwartalnikiem "Msza Święta", gdzie publikuje cykl tekstów o liturgii, rozumianej jako znak sprzeciwu.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!