WARZECHA: Jak w „Mechanicznej pomarańczy”

twitter.com/PremierRP

Propaganda w Polsce stara się za wszelką cenę odwrócić naturalny trend emocji, który od niebywałego wzmożenia – kto mu się przeciwstawiał, ten był natychmiast piętnowany jako niemalże zdrajca – przechodzi do naturalnej troski o naszą własną sytuację. Bliższa koszula ciału – i nic tego nie zmieni. Szczególnie w sytuacji, gdy nie widać na horyzoncie, aby miał się spełnić któryś z wariantów szybkiego zakończenia wojny.

Wyszedłszy wieczorem z niedzielnego koncertu na Zamku Królewskim, stwierdziłem, że spora część placu została wygrodzona taśmą, a na środku tego obszaru stoi duży samochód z dźwigiem i umieszcza na ziemi jakieś elementy. Nie skojarzyłem tego jednak z żadnym zapowiadanym wydarzeniem.

Dopiero dzień później uświadomiłem sobie, że byłem świadkiem przygotowań do „wystawy” zniszczonego przez Ukraińców rosyjskiego sprzętu wojennego. A dokładnie rzecz biorąc – dwóch pojazdów pancernych, dlatego słowa „wystawa” nie da się pisać w tym przypadku bez cudzysłowu. Wystawa była jednak zapowiadana tak szumnie, że wyobrażałem sobie, iż będzie można na niej ujrzeć niemal pełen przekrój sprzętu, jakim posługują się Rosjanie na Ukrainie, a jaki udało się obrońcom Ukrainy „upolować”. Nie przyszło mi do głowy, że całość to dwa pojazdy. A tym bardziej nie pomyślałem, że ktoś może wpaść na pomysł, żeby umieścić je na najważniejszym historycznie placu Warszawy.

Gdy to już nastąpiło, jeden z przedstawicieli rządu napisał na Twitterze, że ta wystawa jest dowodem, iż Rosjan można pokonać. Rozumiem skróty myślowe, ale ten jednak idzie zdecydowanie za daleko. W jaki sposób dwa zniszczone pojazdy pancerne mają dowodzić, że Rosjan da się pokonać? Nie znaczy to oczywiście, że pokonać się ich nie da – to się w historii zdarzało wielokrotnie, a i nam udało się kilka razy. Ostatnio w najbardziej spektakularnej formie w 1920 r. (Przypomnę tylko, niczym Katon Starszy o konieczności zburzenia Kartaginy, że rząd nadal nie upamiętnił rocznicy tego zwycięstwa nawet najmarniejszym pomnikiem, a jesteśmy dwa lata po czasie.)

Jednak owa „wystawa” niczego nie dowodzi poza tym, że Ukraińcy zniszczyli niemałą liczbę rosyjskich maszyn – co wszyscy i bez „wystawy” doskonale wiedzieli. Jeżeli jednak spojrzeć na to, jaka jest dzisiaj sytuacja na froncie, to rozjazd pomiędzy rzeczywistością a propagandą staje się coraz wyraźniejszy. Rosjanie uparcie i systematycznie miażdżą wschód Ukrainy swoją artylerią, wymuszają wycofywanie się wojsk obrońców, a inne rejony atakują nadal ogniem rakietowym. Nijak nie wygląda to na zwycięstwo Kijowa, a tym bardziej na zwycięstwo w wersji maksymalistycznej, a przypomnę, że w polskiej propagandzie tylko taka jest dopuszczana. Czyli: Rosjanie wycofują się całkowicie nie tylko z terenów zajętych po 24 lutego, ale też z pozostałych okupowanych przez siebie terytoriów. W obecnej sytuacji wydaje się to całkowicie nierealne i trudno wyobrazić sobie wariant rozwoju wypadków, który do takiego finału by doprowadził.

Nie chcę tutaj jednak zajmować się samym przebiegiem wojny. Bardziej interesujące jest, w jaki sposób – wobec nieuchronnego odwrotu opinii publicznej w Polsce, już bardzo wyraźnego na Zachodzie (pisałem o tym obszernie w najnowszym wydaniu „Do Rzeczy) – władza próbuje nam o niej przypominać i niejako przymuszać do zajmowania stanowiska, jakiego sobie życzy.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego dwa rosyjskie pojazdy pancerne stanęły akurat na Placu Zamkowym, najbardziej reprezentacyjnym miejscu stolicy, a nie tam, gdzie wydawałyby się bardziej pasować i mniej ostentacyjnie zakłócać estetyczny ład miasta? Na przykład pod Muzeum Wojska Polskiego albo na Placu Defilad, pod Pałacem Kultury? Sprawa jest jasna: chodziło właśnie o to, żeby jak najbrutalniej wtargnąć przed oczy warszawian. Być może też o to, żeby właśnie spowodować ten nieprzyjemny, zgrzytliwy kontrast z zabytkami (tak naprawdę odbudowanymi po wojnie) Starego Miasta.

Rozumiem tę psychologiczną metodę, ale głęboko się z nią nie zgadzam. Propaganda w Polsce stara się za wszelką cenę odwrócić naturalny trend emocji, który od niebywałego wzmożenia – kto mu się przeciwstawiał, ten był natychmiast piętnowany jako niemalże zdrajca – przechodzi do naturalnej troski o naszą własną sytuację. Bliższa koszula ciału – i nic tego nie zmieni. Szczególnie w sytuacji, gdy nie widać na horyzoncie, aby miał się spełnić któryś z wariantów szybkiego zakończenia wojny.

Rządzący mogą dzięki niej uzasadnić wiele kłopotliwych dla siebie spraw i odeprzeć wiele zarzutów, dlatego zależy im na utrzymaniu wzmożenia. Ale też stoi za tym chęć zrealizowania wizji, co do której w obozie władzy istnieje zdaje się przekonanie, że jest dziejową szansą – pozostawmy na boku pytanie, na ile jest ono szczere, a na ile jest po prostu poglądem narzuconym przez lidera. To wizja jakiegoś ścisłego polsko-ukraińskiego przymierza, czy to w formie federacji czy konfederacji, z czego miałaby z kolei wyniknąć wielka rola nowego państwa jako mocarstwa kontynentalnego. Przeszkodą w realizacji wizji mogą natomiast być obywatele, którzy będą się domagać, żeby władza zajęła się ich problemami zanim zacznie tworzyć swoje wielkie federacje czy wspólnoty. Bo tak się niestety składa, że koszty realizacji tych koncepcji nieuchronnie ponieśliby obywatele. Dlatego obywateli trzeba urabiać.

Co tak naprawdę zatem drażni w „wystawie”, której pomysłodawcami są zresztą Ukraińcy? Mnie odrzuca namolność przekazu. Przypomina to trochę słynną scenę z „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgessa (bardziej znanej ze świetnej ekranizacji Stanleya Kubricka z 1971 r.), w której głównego bohatera posadzono w kinie i założono mu na twarz instalację niepozwalającą zamknąć oczu, po czym zaczęto wyświetlać przez wiele godzin sceny napadów, bicia i gwałtów. W powieści celem była przymusowa resocjalizacja bandyty. W przypadku propagandy takiej jak „wystawa” na Placu Zamkowym celem jest wymuszenie na nas wszystkich, żebyśmy przypadkiem nie uznali, że nasze problemy są przynajmniej tak samo ważne jak wojna toczona na Ukrainie.


Tekst powstał w ramach projektu: „Stworzenie forum debaty publicznej online”, finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!