WARZECHA: Wiara w zapał szczery

Z jednej strony istnieje nie tylko przyzwolenie na nadprodukcję absurdalnego, przekombinowanego i co najgorsze – niszczącego naszą wolność prawa, ale nawet radość z powodu jego powstawania. Z drugiej – znaczna część Polaków wydaje się uważać, że zwracanie uwagi na naprawdę podstawowe kwestie zawarte w samej ustawie zasadniczej, takie jak prawo do sądu, to jakieś pięknoduchostwo. Że w trudnych czasach nie ma co się na jakieś tam przepisy czy procedury oglądać, wystarczy „wiara w zapał szczery”.

W piosence „Rokosz” z 1993 r. Jacek Kaczmarski śpiewał tak:

Furda podpisy i układy!

Kłamie inkaust, krew jest szczera!

Układ, by powód był do zdrady,

Podpis jest, by się go wypierać! […]

Niech nam obce chwalą wzory

Niemce, Szwedy, Angielczyki –

Nie nauczą nas pokory

Czarcie ich praktyki!

Niechaj słucha się litery,

Kto się nie ma za człowieka,

Nas za wiarę w zapał szczery

Wiekuistość czeka!

Kaczmarski zaczynał już w tamtym czasie odnotowywać cechy nowej rzeczywistości, choć zarazem sygnalizował, że to nie jest nic nowego. Po prostu objawia się znów to, co w Polakach tkwiło zawsze. W „Rokoszu” pokazał polską niechęć do przestrzegania prawa, do procedur, wiarę w „zapał szczery”, który ma zastąpić przemyślane mechanizmy.

Lecz to przecież tylko część prawdy, bo jest też druga strona tego medalu: zabobonna wręcz wiara w procedurę i przepis, najlepiej całkowicie w realnym świecie bezwartościowe. O tym z kolei śpiewał Jacek Kowalski, opiewając Konfederację Barską w piosence „Izba konsyliarska w Poznaniu”:

Abyśmy się w tym kraju nie zboczyli cali,

Embargo uchwalamy na import Moskali.

Kto z nimi zwąchany, jest degeneratem,

Zapłaci podwójny podatek z VAT-em.

 

Pieczęcie załączamy, tudzież enuncjacje,

Świadczące najdowodniej, że – my mamy rację.

Wróg widząc manifest pisany legalnie

Pojmie swą klęskę i w łeb sobie palnie!

 

Ta groteska ma oparcie w rzeczywistości. Jak w 2001 r. w obszernym wywiadzie dla dziennika „Życie” opowiadał mi Jacek Kowalski:

Otóż konfederacja w Wielkopolsce grzeszyła wręcz nadorganizacją. Zresztą myślenie „prawnicze” to było wówczas zjawisko ogólnopolskie. W relacjach Francuza Dumourieza, który w ramach francuskiej pomocy uczestniczył w obradach Generalności, czyli utworzonego na terenie Austrii rządu konfederackiego, przebija przerażenie, że ci ludzie cały czas coś piszą, tworzą jakieś ramy prawne, bo wszystko ma być jak najbardziej legalne, i myślą, że coś wskórają samymi papierami. A ja myślę, że to jest po prostu prawne dziedzictwo Rzeczypospolitej. Sama konfederacja nie była zapisana w żadnych ustawach, ale precyzyjnie określały ją zwyczaje, których starano się bardzo ściśle przestrzegać.

Walkę partyzancką w poznańskiem zaczął niejaki Jakub Ulejski, zwany Hektorem Wiel-kopolskim. To był bardzo biedny szlachcic, który widząc, co się wokół dzieje, postanowił wystąpić przeciwko Rosjanom, dochowując jednak wierności królowi. Zebrał więc kilkunastu kolegów ziemian, pojechali do miasta i spisali dokument, bardzo kwiecisty, że oni protestują przeciwko temu, co się dzieje, że będą walczyć i tak dalej, po czym oblatowali go, czyli zarejestrowali w urzędzie. Na drugi dzień Moskale zrobili oczywiście zajazd na dom Ulejskiego, który zdołał uciec – nie miał praktycznie żadnych sił. Zabili mu córkę, żonę skatowali, spalili budynki. A on dopiero wtedy poszedł do lasu i zorganizował własny oddział. Zwracam uwagę na kolejność działań. To wynikało z przekonania konfederatów, że są wolnymi obywatelami, działają w wolnym kraju, w ramach od dawna istniejących struktur.

 

Podobnego hiperlegalizmu jest zresztą mnóstwo w „Pamiątkach Soplicy” Seweryna Rzewuskiego, które – przypominam – były inspiracją dla „Pana Tadeusza”, a które dzieją się w podobnym czasie co Konfederacja Barska. I doskonale, choć w sposób lekko karykaturalny, lecz także z sentymentem oddają sposób myślenia polskich obywateli w drugiej połowie XVIII w.


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie


Piszę o tych dwóch obliczach polskiego charakteru, ponieważ mam poczucie, że one splatają się w III Rzeczypospolitej w jakiś koszmarny węzeł niszczący nasze państwo jeszcze bardziej niż wyniszczały I Rzeczpospolitą. Z jednej strony istnieje nie tylko przyzwolenie na nadprodukcję absurdalnego, przekombinowanego i co najgorsze – niszczącego naszą wolność prawa, ale nawet radość z powodu jego powstawania. W jakiejś mierze ten sentyment można zapewne wytłumaczyć patologiczną formą wojny politycznej, co sprawia, że część obywateli będzie zawsze popierać nawet największe bzdury wymyślane przez „swoich”, zapewne w nadziei, że ich konsekwencje dotkną głównie drugą stronę. Nie tłumaczy to jednak wszystkiego. Podczas epidemii widzieliśmy, jak kibice obu stron entuzjastycznie przyklaskiwali rozwiązaniom ewidentnie idiotycznym i nieegzekwowalnym, takim jak obowiązek zakrywania twarzy (po pewnym czasie wyłącznie maseczką) w przestrzeni publicznej, w tym na całkowicie pustej ulicy. Był to jawny nonsens, ale wielu broniło go z jakąś zabobonną wiarą w uleczającą moc czystego przepisu.

Z drugiej – znaczna część Polaków wydaje się uważać, że zwracanie uwagi na naprawdę podstawowe kwestie zawarte w samej ustawie zasadniczej, takie jak prawo do sądu, to jakieś pięknoduchostwo. Że w trudnych czasach nie ma co się na jakieś tam przepisy czy procedury oglądać, wystarczy „wiara w zapał szczery”. Ta właśnie kwestia ujawniła się w kontekście wezwań na ćwiczenia, skierowanych do osób, jak się zdaje, w dużej mierze przypadkowych. Szczegółowo analizowałem tę sytuację gdzie indziej, więc tu wspomnę tylko o jednej kwestii, która przy tej okazji objawiła się w Ustawie o obronie ojczyzny. Tam bowiem w art. 122, ust. 3, pkt 2. czytamy, że skarga do właściwego sądu administracyjnego nie może być wniesiona w sprawie powołania na ćwiczenia wojskowe.

Pewna osoba publiczna odniosła się do moich uwag w tej kwestii w sposób następujący: „A niezawodny półgłówek Warzecha chyba chce, żeby od wezwania przysługiwała apelacja do sądu”. I to właśnie doskonale ilustruje – pomijając inne aspekty tej sytuacji – nastawienie opisane tak celnie w piosence Kaczmarskiego.

Choć wspomniane wyżej słowa padły na twitterowym profilu osoby, która teoretycznie coś niecoś z ustroju prawnego Rzeczypospolitej powinna kojarzyć, to najwyraźniej ma z tym problem. Otóż – nie apelacja, tylko skarga. Powołanie na ćwiczenia jest decyzją administracyjną. Zgodnie z Ustawą o obronie ojczyzny od tej decyzji można się odwołać w ramach systemu wojskowego, natomiast nie można jej zaskarżyć przed sądem administracyjnym. I jest to ewidentne złamanie art. 45 polskiej ustawy zasadniczej, który stanowi, że „każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”. W sprawach decyzji administracyjnych właściwym sądem jest sąd administracyjny. A trzeba podkreślić, że nie mówimy o sytuacji stanu wojennego czy nawet wyjątkowego, gdy niektóre prawa i wolności mogą zostać zawieszone. Też zresztą zgodnie z opisanymi w konstytucji i odpowiednich ustawach zasadami. Prawo do sądu jest jednym z tych, których stany wyjątkowy i wojenny ograniczać nie mogą. Mówi o tym wprost art. 233 konstytucji.

Autor cytowanych wyżej słów nie był niestety jedynym, który uznał uwagi o braku prawa do skargi do sądu – w czasie pokoju! – za jakąś groźną fanaberię. Takich głosów było więcej.

Z jednej więc strony mamy akceptację dla paranoicznej nadregulacji naszego życia w najdrobniejszych detalach. Z drugiej – dla nieprzestrzegania najbardziej podstawowych zasad, a żądający, aby je zachowywano, są określani jako mąciciele i półgłówki. Przyznam, że nie umiem na razie znaleźć klucza do tego paradoksu polskiej natury. Jaki by on jednak nie był, samo zjawisko prowadzi nas na manowce. Tak się bowiem składa, że te pogwałcane przy zgodzie ogółu prawa to te najbardziej podstawowe, gwarantujące nasze wolności, a te paranoicznie szczegółowe to te, które na gruncie negowanie tych pierwszych mogą powstawać.


Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
(1975) publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, oraz m.in. dziennika „Rzeczpospolita”, „Faktu”, „SuperExpressu” oraz portalu Onet.pl. Autor bloga na stronie wolnorynkowego think-tanku Warsaw Enterprise Institute. Gospodarz programów interentowych „Polska na Serio” oraz „Podwójny Kontekst” (z prof. Antonim Dudkiem). Od 2020 r. prowadzi własny kanał z publicystyczny na YouTube. Na Twitterze obserwowany przez ponad 100 tys. osób.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!