KUŹ: Zagranie na faul

fot. flickr.com

Zabawa w delegalizację, którą z coraz większa lubością uprawia środowisko „Gazety Wyborczej”, ma sprowokować PiS i podgrzać atmosferę. W następnym ruchu łatwiej byłoby wtedy zdyskredytować rząd w oczach jego kluczowych partnerów zagranicznych.

Najpierw prof. Radosław Markowski w wywiadzie z Agnieszką Kublik, a potem w osobnym tekście Paweł Wroński. Publicyści i komentatorzy „Wyborczej” delegalizują więc już PiS na całego. Przywykli do ich ekstrawagancji czytelnicy zaś nawet okiem nie mrugną, tylko lajkują w społecznościówkach. Niby nic nowego, problem polega jednak na tym, że podobne sygnały słychać też coraz głośniej ze strony polityków opozycji, zwłaszcza Donalda Tuska, który mówi chętnie o rozliczeniach, wymiataniu i silnych ludziach wyprowadzających urzędników. Pisałem już w „Kontrze”, że realizowanie takich scenariuszy może Polskę zdestabilizować i wcale nie musi ucieszyć europejskich zwolenników opozycji. Opozycja i jej komentariat twardo jednak wchodzi w narrację delegalizacyjno-rozliczeniową.

Patrząc na deklaracje na łamach GW nieco naiwnie i bez uprzedzeń muszę stwierdzić zupełnie szczerze, że czegoś równie antydemokratycznego w życiu w wysokonakładowej polskiej prasie nie czytałem.

Jestem bowiem zwolennikiem minimalistycznej definicji demokracji autorstwa Adama Przeworskiego; głosi ona, że jest to system, w którym rządzące partie przegrywają wybory i pokojowo oddają władzę, a cała reszta to już przypisy. Tymczasem wywiad z Markowskim i tekst Wrońskiego uderzają w system władzy reprezentacyjnej podwójnie, bo mają potencjał, by demoralizować zarówno stronę rządową,  jak i opozycyjną. Mowa jest przecież nie o jakiejś małej, radykalnej partyjce, tylko o delegalizacji ugrupowania obecnie sprawującego władzę, które przy wszystkich swoich mankamentach nie jest przy tym winne zbrodni przeciwko ludzkości, jak choćby niemiecka NSDAP. W efekcie takie komunikaty z jednej strony mówią PiS: „nie oddawaj władzy po przegranych wyborach, bo cię zniszczymy”, z drugiej zaś mówią do opozycji: „jeśli jakimś cudem ci frajerzy z rządu jednak oddadzą ci władzę, to nie popełniaj ich błędu i zbuduj sobie dyktaturę”.

Na pewnym poziomie takie postawienie sprawy pokazuje, jak kruche jest małżeństwo z rozsądku, które w drugiej połowie XIX wieku liberalizm zawarł z demokracją. Ogólnie jednak zdaje się trącić bananowym republikanizmem i podcinaniem gałęzi, na której samemu się siedzi. Ale czy byłoby  możliwe, aby ludzie  tak wykształceni i od lat obserwujący życie publiczne do tego stopnia nie rozumieli prostych przecież mechanizmów politycznych? I tu pojawia się u mnie hermeneutyczna podejrzliwość, która każe sądzić, że ta ostra retoryka jest celowym pomysłem na to, aby PiS sprowokować do nerwowych działań w roku wyborczym. „Czerski” umysł zakłada bowiem milcząco, że nie da się pokonać PiS bez presji z zewnątrz, zwłaszcza ze strony Brukseli i Waszyngtonu. Świadczy to z jednej strony o pewnym braku wiary w to, że kraj można, jak radzi Machiavelli, odbić własnymi siłami miast czekać na rachunek, jaki wystawią sojusznicy. Z drugiej zaś strony tłumaczy, dlaczego potężni partnerzy Polski bywają traktowani w wewnętrznych politycznych rozgrywkach (przynajmniej przez jedną stronę) jako sędziowie, którzy za faulowanie mogą pokazać żółtą, a nawet czerwoną kartkę.

Ostatnio jednak na tym akurat odcinku opozycja napotyka problemy. W obliczu wojny na Ukrainie,  przyjęcia milionów uchodźców i polskiej pomocy militarnej dla Kijowa, Bruksela (choć widać, że bardzo chce), nie może zupełnie przykręcić Warszawie śruby. Trwają więc ciche negocjacje w sprawie KPO, a pomysł, by zupełnie zabrać Polsce fundusze strukturalne, na razie upadł. Trudno byłoby Berlinowi i Brukseli do czegoś takiego doprowadzić bez dalszego antagonizowania się z całym naszym regionem i pośrednio USA. NATO na wschodniej flance stoi dziś przecież Polską, a wiceprezydent USA Kamala Harris gratuluje nam, że w obliczu kryzysu energetycznego zdecydowaliśmy się na budowę elektrowni jądrowej z amerykańskim koncernem.

Sprawy miałyby się jednak inaczej, gdyby PiS zaczął naprawdę brutalnie traktować opozycję, wtedy sędziowie demokracji musieliby wkroczyć, a w przypadku grubszych wykroczeń nawet zacząć mówić jednym głosem bez względu na geopolityczne różnice. Nie wspominam już nawet o tym, jak bardzo takie faule zmobilizowałyby politycznych kibiców opozycji. By doprowadzić do pożądanego efektu nie wystarczy jednak odgrzewanie zamrożonych konfliktów wokół reformy wymiaru sprawiedliwości i upolitycznienia mediów publicznych.  PiS musiałby np. znowu wymyślić coś na miarę sławetnego „lex TVN”, prokurator aresztować czołowych polityków opozycji na podstawie budzących wątpliwości zeznań, sejm ostro manipulować przy prawie wyborczym itp. Grożenie partii rządzącej delegalizacją może być zaś doskonałym sposobem, by do takich działań zachęcić. Ot, taka gra obliczona na faul przeciwnika.




Tekst powstał w ramach projektu: ,,Kontra – Budujemy forum debaty publicznej” finansowanego z dotacji Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Michał Kuź
Michał Kuź
doktor nauk politycznych i publicysta, w latach 2018-21 również w służbie dyplomatycznej. Współpracował m.in. z „Nową Konfederacją”, „Pressjami” i „Rzeczpospolitą”, a obecnie jego eseje i analizy poza „Magazynem Kontra” ukazują się także w „Rzeczach Wspólnych” oraz „Teologii Politycznej co tydzień”. Absolwent Louisiana State University, pracuje jako wykładowca w anglojęzycznym programie International Relations na Uczelni Łazarskiego.

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!