10 powodów, by nie wylewać dziecka z kąpielą. O zakazanej debacie cz.1

Nie donosiłem… może donosiłem, ale nieświadomie… może świadomie, ale przekazywałem nieistotne informacje…. Może były to ważne informacje, ale nikomu nie szkodziłem…” – pamiętają to Państwo? Oczywiście. Podobnie pokrętna logika stopniowego przesuwania przyczyn czy rozmywania sensu związków dotyczy poruszanego tematu. Ciężkiego, budzącego wielkie kontrowersje, silnie upolitycznionego. W wielu miejscach, wbrew deklaracjom o obronie demokracji i walce z cenzurą, w praktyce zakazanego. Nie może nawet zapachnieć z daleka wyklętym słowem: konwersja.

Profilaktyka i leczenie nienormatywnych sytuacji płciowych (gender issues)? Lepiej wycofać się, zanim zrobi się gorąco! Zmiany związane z orientacją seksualną (a przynajmniej tak nauczono nas nazywać pociąg do tej samej płci) i te związane z tożsamością seksualną (transseksualizmem, transgenderyzmem, dysforią, dopasowaniem płci itp.) są otoczone kordonem. Bezpieczeństwa? Czy raczej milczenia?

 

Jak zapanowała wielka cisza

W wielu krajach zakazano terapii mających cechy konwersji, to jest leczenia gender issues. Zaczęło się od wyzwolenia i normalizacji pociągu do tej samej płci. Od 1973 r. homoseksualizm nie jest już uznawany za zaburzenie. Nie-zaburzeń się przecież nie leczy (nawet, jeśli pacjent twierdzi, że tego potrzebuje). O tej sprawie napisano już wiele, a sfabrykowano jeszcze więcej – nie trzeba tutaj przywoływać całej historii prowadzącej do tego kroku. Oficjalnie był on podjęty dla dobra osób, którym stygmat zaburzenia utrudniał codzienne życie. Ile różnych dział na linii idei trzeba było wytoczyć, by ten cel osiągnąć – do tego jeszcze wrócimy.

Podobne zabiegi dotyczą obecnie traktowania różnych wariacji transseksualizmu. ICD-11 to kwalifikacja diagnostyczna wychodząca pod auspicjami WHO, będąca punktem odniesienia dla specjalistów europejskich, w najnowszej wersji. DSM-5 jest takim punktem dla amerykańskich; oczywiście autorzy obu pilnie przyglądają się aktualizacjom poczynionym przez kolegów. Właśnie w ICD-11 transseksualizm stał się nie zaburzeniem, a „kondycją dotyczącą seksualności”, pod nazwą „niezgodności płciowej”. Według tego sposobu myślenia, dziecku błędnie przypisano przy urodzeniu płeć. Tę „właściwą”, czyli odczuwaną, co automatycznie oznacza realną, według prawa można wyłącznie afirmować np. w niektórych częściach Australii, czy w Kanadzie. O ile w najsłynniejszym akronimie XXI stulecia dodana niedawno literka Q oznacza nie tylko queer, ale i questioning – to kwestionowanie deklarowanej przez dziecko płci może kosztować rodzica od utraty praw rodzicielskich do 10 lat więzienia, a specjalistę – odebranie licencji czy reedukację.

Jeśli są to sytuacje mieszczące się w szerokiej (a teraz i zmiennej, ruchomej) normie, nie tylko nie ma sensu ich leczyć, nie tylko trzeba wzmacniać klienta w deklaracji i uzgadniać ją z ciałem, choćby to co obiektywne: fakty-materia były przeciw nam.

Dodatkowo trzeba odrzucić na pniu wszelkie teorie psychologiczne tłumaczące powstawanie zaburzeń, które nie są dłużej zaburzeniami, zarządzono to przecież autorytatywnie. Powtarza się historia dotycząca homoseksualizmu. Określanie charakterystycznych ścieżek w dzieciństwie pacjentów, powtarzających się doświadczeń, specyficznego łańcucha przyczyn – to niebezpiecznie przypomina przygotowania do profilaktyki gender issues. Profilaktyki, której nie może być w świetle powyższych ustaleń. Przecież nie zapobiegamy sprawom, którym nie ma powodu zapobiegać. Nie będziemy zapobiegać czemuś, co mieści się w nowej normie, a zatem po co drążyć? Po co rozumieć?

Oczekiwany format myślenia wygląda następująco. Homoseksualistą się po prostu jest, a zatem transseksualistką, osobą niebinarną, a może genderfluid – również, po prostu zajęło nam kilka dziesięcioleci dłużej, by dorosnąć do zrozumienia tego faktu. Każda taka (i inna) kondycja jest wrodzona, niezmienna, niezależna od woli i działań osoby. To prawda o niej i definicja jej płciowości. Odkrywa się tę swoją kondycję w różnych momentach życia, to zindywidualizowane. Można jedynie ją zaakceptować albo się jej wypierać, ale to ciągle jedyna prawda i zaprzeczanie, autohomo- czy autotransfobia, ma wielkie konsekwencje dla kondycji człowieka. Walką z nią – to walka z samym sobą, niosąca nerwice lub przemoc (jak w American Beauty, jeśli pamiętają Państwo postać przemocowego sąsiada-żołnierza, który okazał się homoseksualistą, próbującym zdławić swoją orientację jej zaprzeczeniem, co skończyło się tragicznie. W filmach zawsze tak się kończy). Najzdrowsze dla człowieka o nienormatywnej orientacji czy tożsamości jest akceptowanie i więcej: afirmowanie, by wyrównać szkodę, jakiej doznał socjalizując się w nieprzyjaznym, konserwatywnym społeczeństwie. Taka afirmacja, czyli tolerancja+, jest sprawiedliwa, należy się od społeczeństwa, a w dodatku ma pożytek wewnątrzpsychiczny: pozwala pokochać siebie takim, jakim się jest. Co przez homo/trans-fobię było od początku, za sprawą wdrukowania, utrudnione.

Czy dobrze oddałam myśl o nowej płynnej normie płciowej w realiach początku XXI wieku? Z całą pewnością – nie. Poza binarną prostotą (czy może niewyrafinowanym prostactwem?) jest multiwersum, uporządkowane logiką wielowartościową – i „nie dogoni i w sto koni” specjalistów w tej dziedzinie. Lista szaf, które można opuścić (coming out of closet) stale się powiększa. Bywają one, powiedzmy, wielodrzwiowe. A zatem – oddać sytuację z perspektywy wewnętrznej, insajderskiej, środowiska wieloliterowego akronimu, niezmiernie trudno. Natomiast idee krążące w naszym społeczeństwie na temat nowego podejścia do płciowości, powielane przez badaczy w ich interpretacjach, zafrasowanych nauczycieli, postępowe pedagożki, wspierających rodziców, popularyzatorskie artykuły i telewizje śniadaniowe – tak właśnie wyglądają. I oczywiście odpowiada im morze literatury, ocean seriali i influencerów, terawersami i hektogodzinami wspierających, co trzeba.

Życie ma jednak więcej kolorów niż tęcza, w tym – niepodobna! – czarny i biały. Niezależnie od zamiatania ogromu złożonych ludzkich sytuacji do sformatowanej historii o złej -fobii z zaprzeczaniem i dobrym coming oucie z afirmacją (czyli historii o emancypacji kolejnych grup i wyzwolenia spod władzy obskuranckiego patriarchatu ku złotej wolności, w tym seksualnej) – psychologia nadal rządzi się zasadami ekwifinalności i ekwipotencjalności.

 

Co to znaczy? Wiele przyczyn składa się na wystąpienie zjawiska. Wiele zjawisk może wynikać z jednej i tej samej przyczyny. Nienormatywne sytuacje płciowe – to jest te, w których ciało i jego funkcje płciowe nie mogą pełnić swojej roli i osiągać celów biologicznych istnienia płci, bo nastąpił konflikt z przeżyciami psychicznymi – mogą mieć wiele przyczyn, mogą być też jednym z różnych opcjonalnych skutków jakiegoś czynnika.

Nie ma łatwo, mili Państwo: choćby udało się zakląć rzeczywistość na kilka czy kilkanaście lat rygorem „ucywilizowanych” do wymagań chwili kryteriów diagnostycznych, ona stale upomina się o swoje. Próbowano ochronić grupy mniejszości seksualnych ogłoszeniem determinizmu… niechcący zabetonowano możliwość iluś osób, by od determinizmu się uwolnić. Teoria genderowa jest tu zbyt cenna politycznie (gdzie przez polityką, po arystotelesowsku, uznajmy sztukę sprawowania władzy na rzecz dobra wspólnego), by miały jej zaszkodzić fakty.


Zapoznałem się z Polityką Prywatności danych osobowych i wyrażam zgodę na ich przetwarzanie


Powód pierwszy: pomyślmy od końca

Nienormatywność płciowa zalewa gabinety i konfunduje dorosłych. Może w odwrotnej kolejności. Przypadków jest co niemiara, a jeszcze więcej zapewne jest niezgłaszanych. Specjaliści zostali nauczeni „być na tak”, i sprawy płci stawiać na pierwszym miejscu. Pytanie, czy bardzo chcąc pomóc – bo w to nie wątpię – nadal widzą człowieka w człowieku, czy tylko jedną, wyabstrahowaną cechę, podniesioną do rangi bazowej tożsamości?
„…a pani psycholog mówi, że musimy zaakceptować córkę, albo będziemy mieli martwego syna” – o nastolatku, który ma silną depresję, jest outsiderem, tnie się albo ma zaburzenia odżywiania, a ostatnio spędza połowę życia na TikToku.
Widocznie państwa syn będzie gejem. Lub transseksualistą. I nie ma w tym nic złego” – o kilkulatku, który w przedszkolu jest ustawiany przez koleżanki koło kącika dla lalek i służy im za asystenta, w domu w zabawie przebiera się za damskie postacie z kreskówek, kocha Lego Friends, Pony, świnkę Peppę (nie, nie George’a), albo Elzę, czy Vaianę.

 „Ważne, żeby okazać zrozumienie i być wspierającym wobec osoby nieheteronormatywnej, w mniejszości” – informacja ze szkoły do dziewczyny prześladowanej przez podkochującą się w niej, odrzuconą koleżankę.

Prawdziwym problemem jest dla niej transfobia, powoduje wiele cierpienia i realne ryzyko samobójstwa” – o zdołowanej, odsuniętej od grupy jedenasto- czy dwunastolatce w traumie, która odkrywa swoje „prawdziwe ja” dzięki wielogodzinnym czatom z trzynastoletnią transgenderową koleżanką z innego miasta. Rozpad związku rodziców z ogromem przemocy słownej i ich koszmarny, rozdzierający konflikt; cechy autystyczne i wynikające z nich zagubienie we własnych odczuciach i społecznych oczekiwaniach; bardzo zaburzone jedno z rodziców; tworzenie niezdrowego trójkąta zazdrości między matką a „córeczką tatusia”; żałoba podlana pandemiczną alienacją; niespodziewany ginekologiczny uraz medyczny na progu wieku dojrzewania… – nie sposób wymienić wszystkich opcji, które mogłyby być znaczące dla specjalistów w biografiach pacjentów, gdyby chcieli słuchać. Gdyby chcieli założyć, że to może być… objaw.

W całej Polsce i na całym świecie specjaliści, do których udają się skonfundowani rodzice jak do starożytnej Pytii, udzielają – przykro mi to pisać – automatycznej odpowiedzi. Objawy nonkonformizmu płciowego (przykładowo: dziewczynka zawsze w spodniach, chodzi po drzewach; chłopiec bawi się koralikami i czesze siostry czy kuzynki), deklaracje (ledwo mówiącego trzylatka, który równie dobrze mógłby stwierdzić, że jest Papą Smerfem – to autentyczny przykład); wyrażanie niezadowolenia ze swojej płci biologicznej czy wątpliwości, ba! jakikolwiek problem z nienormatywnością seksualną w rozwoju dziecka/nastolatka w tle (np. niedługo po pierwszej miesiączce u dwunastolatki) – wywołują u specjalisty reakcję wyuczoną i popartą autorytetami: wesprzeć, normalizować, afirmować. Gratulować odwagi, edukować społeczność, gdy trzeba – przedstawić groźbę, stojącą za brakiem afirmacji (ryzyko samobójstwa). Wyżej wymienione pretenduje dziecko do roli potencjalnej ofiary, a zatem: delikatność, podążanie za potrzebą zmiany zaimków, unikanie czegokolwiek, co mogłoby być przeżyte jako dyskryminacja… Szczerze mówiąc: wzmacnianie (stare, dobre, behawioralne pojęcie) niespójności.

A jeżeli ta „prawda o tożsamości osoby”, wyrażona „z odwagą” i zasługująca na świętowanie i dumę (tu odbiegam nieco dalej, ale oczywiście chodzi o pride) – jest jedynie objawem? Oznaką, sygnałem, wołaniem o reakcję w ważnej sprawie – wyraźnym i zauważalnym, bo tylko takie mogą skupić uwagę dorosłych? Determinujemy, betonujemy, ale czy słyszymy? Mamy swoją politykę, po co rozumieć? Bo chodziło o człowieka, często o dziecko.

 

Jak długa jest lista sytuacji, które mogłyby się ukryć za deklaracją, zwłaszcza modną? I za odczuciami wrogimi wobec płci swego ciała i za odczuciami pociągu do innych osób własnej płci, może stać ogrom psychologicznych przyczyn (traumy związanej z płcią, nieprawidłowo ukształtowanego przywiązania z kwestią płciową w tle, problemów identyfikacyjnych wynikających z zaniedbywania czy przemocy, spektrum autyzmu kilkukrotnie podwyższającego prawdopodobieństwa wystąpienia gender issues, obsadzenia w roli płci przeciwnej w związku z niedopasowaniem do schematu, zaburzeń systemu rodzinnego itp.).

Odkrywana, immanentna prawda o stałej kondycji osoby („odkryłeś, że jesteś…”) jest tylko jedną, hipotetyczną. Jeśli jest apriorycznie przyjmowana jako oczywista, gubi człowieka, którego idealistycznie miała chronić.

 

Powód drugi: nie chodzi o to, żeby poznać świat, ale o to, żeby go zmienić

Żeby stwierdzić w seksuologii i poza nią, że mamy mnóstwo opcji w obrębie tożsamości i pociągu płciowego, których to opcji nie należy hierarchizować, porównywać ani naznaczać, bo wszystkie są równe – trzeba było wiele zmienić. Żeby stwierdzić, że biologia, z podstawowymi prawami przetrwania i zachowania gatunku, nie jest w żaden sposób obowiązująca, bo skoro coś występuje w przyrodzie – jest automatycznie naturalne. Ergo nie ma normy – każda wariacja w obrębie genotypu (zapisana) czy fenotypowa (dostrzegana) jest równie dobra. Żeby tak patrzeć na rzeczywistość, trzeba było wiele zmienić.

Nie donosiłem… donosiłem, ale nieświadomie…” – o, to właśnie w tym miejscu. „Jest powszechne w przyrodzie. No, może nie tak powszechne, ale z całą pewnością wrodzone. Aha, może nie jest wrodzone, nie w większości przypadków, ale nie jest możliwe do zmiany… No, może jest możliwe do zmiany, ale jest nieszkodliwe. Może w sumie bywa w niektórych aspektach szkodliwe, ograniczające i koreluje z mnóstwem nieciekawych zjawisk, ale nie warto o tym mówić. Może warto mówić, ale może to się skończyć dla kogoś nieprzyjemnościami…” Mniej więcej taka logika towarzyszy kolejnym przesunięciom w wyobrażeniach vide konsensusie naukowych na temat tego, co zaliczać do normy, a co nie. Aż dochodzimy do dzisiejszego cancellingu: „Może i to straszne, i trzeba by o tym krzyczeć, ale niczego więcej powiedzieć ci już nie będzie wolno”.

Na straży normy w naukach związanych z seksualnością człowieka stał cel biologiczny istnienia płci i seksu, który porządkował i tworzył hierarchię bardziej i mniej optymalnych zachowań seksualnych. Do czasu. „Kto powiedział, że seks do czegoś służy? Że biologicznie nas determinuje i po to, by się rozmnażać, istnieje płeć? Religia? To obskurancki system władzy, nie będziemy się na to oglądać. Biologia? Ależ my wyrastamy ponad biologię i nie musimy się do niej stosować. Nie jesteśmy jedynie samcami i samicami, w życiu chodzi o coś więcej niż rozmnażanie! A poza tym… dlaczego kwestionujesz coś, na co nie mamy wpływu, bo… jest biologicznie uwarunkowane?” I tak w koło Macieju. Nie musi się zgadzać, byleby było funkcjonalne. Bo o ile seksualność nie ma celu nadrzędnego, o tyle dyskurs ma jak najbardziej i jest nim normalizacja każdego zachowania (poza przemocą – ale tylko tą niewynegocjowaną i w danym państwie nielegalną).

Nie było szczególnych, rewolucyjnych badań ani zmian w teoretycznym rozumieniu rozwoju seksualnego. Była i jest po prostu wola normalizacji dla celów politycznych, żeby łatwiej i mniej konfliktowo żyło się ludziom z różnymi gender issues. Sformatowano (i ciągle się to robi) diagnostykę w ten sposób, by odpowiadała temu celowi. To znaczy, że przeżycia konkretnych ludzi i ich uwarunkowania, które mogą być przeróżne, są użyte przedmiotowo.



Powód trzeci: po drugiej stronie afirmacji

Ofiar podejścia afirmującego trensgenderyzm, często po jednej czy kilku wizytach u specjalistów, ujawnia się coraz więcej. Przypuszczenie, że jest to kwestia czasu, okazało się słuszne: dzieci dorosły, nastolatki stały się młodymi dorosłymi, a młodzi – starszymi. Ileś osób odkryło, że zostało zmanipulowanych, oszukanych, wepchniętych w transgenderową narrację i społeczne tryby afirmacji. Obiecano im rozwiązanie problemów, które po krótkim haju nigdy nie nadeszło. Wielu zostało okaleczonych chirurgicznie i hormonami (bo takim rodzajem szkody jest i niepłodność, i np. niski, męski głos u kobiet leczonych w wieku dojrzewania testosteronem na niezgodność płciową). Takich świadectw jest coraz więcej, są już dostępne oficjalne przesłuchania przed komisjami senackimi i długie, wyczerpujące wywiady (np. Chloe Cole, zaproszona do rozmowy przez Jordana Petersona). Są również historie stawiające znak zapytania, jak np. jednego z największych dziecięcych transcelebrytów, bohatera książeczek dla dzieci Jazza Jenninsa (który po tym, jak wypromował swoich rodziców na najbardziej wspierających w Ameryce i stał się nastolatką, skazaną na medyczne wspomaganie swojej „prawdziwej płci”, po kilku z lekka „zbyt otwartych wypowiedziach” na temat konsekwencji, jakie ponosi i nieprzemijających, a nawet pogłębiających się problemach psychicznych – zniknął).

Detranzycjonerzy nie są mile widziani na forum przez aktywistów zmiany. W momencie, gdy piszę ten tekst, ze Śląskiego Festiwalu Nauki został wyproszony Łukasz Sakowski – oficjalnie za swoją działalność krytyczną wobec afirmatywności, ale ponieważ gniewający się na nią mogą spowodować zakłócenia w przebiegu wydarzenia. Kto chce przekonać się, jak wygląda jakość dyskursu krytycznego wobec osoby Łukasza, niech poczyta sekcje komentarzy pod postami informującymi o wymienionej sytuacji. Są doskonałym przykładem groźby, jaka stoi za podważaniem wymuszonej narracji.

Kwestionować, jak już wspomniano, można normatywność, a nie nienormatywność i afirmację. Głośne informowanie o znaczących minusach zmiany płci, obecnych w dyskursie o uzgodnieniu „małym druczkiem”, jest czymś podobnym do informowania o biciu serca kilkutygodniowego malca czy jego interaktywności w dyskursie o prawie do abortowania dzieci. Fakty przeszkadzają: tutaj są to konsekwencje nowotworowe, skrócenie nawet o naście lat przewidywanej długości życia, nawet kilkukrotny wzrost prawdopodobieństwa zaburzeń psychicznych, niemożność osiągania satysfakcji seksualnej, trwała utrata płodności itp. Kolejne niemile widziane dane dotyczą tego, jak wygląda diagnoza na współczesną modłę i kwalifikowanie do interwencji medycznych w praktyce. Oraz reakcje środowisk dotychczas wspierających („jesteśmy twoją nową, lepszą, brokatową rodziną!”) na zmianę zdania.

Zupełnie niezauważanymi ofiarami rewolucji seksualnej są rodziny osób zmieniających płeć oraz ich otoczenie (np. koledzy z klasy), od których oczekuje się wspierania i afirmowania, ale nie pozostawia się miejsca na ich przeżycia, szok, żałobę po utraconym synu, córce, bracie czy siostrze (która, pomimo że osoba dosłownie nie umarła, w psychologicznym znaczeniu jest jak najbardziej adekwatna). W przypadku rówieśników jest też asumptem do podważania własnych odczuć płciowych. Nieprzypadkowo zjawisko transgenderyzmu wśród nastolatków ma wszelkie cechy epidemiczne, tzw. „zarażania społecznego” czy raczej rówieśniczego.

 

Odnoszę wrażenie, że ten typ nienormatywności płciowej łatwiej jest nam zobaczyć w kategoriach błędnej diagnozy i tragicznych w skutkach decyzji medycznych. W przypadku „same sex attraction”, czyli pociągu do tej samej płci, zaklasyfikowanej przez samą zainteresowaną osobę jako homoseksualizm, jest nieco inaczej.

Już kilkadziesiąt lat mamy wdrażany schemat myślenia o ukrywaniu swojej homoseksualnej orientacji jako patologicznym, samooszukańczym pomyśle i oznajmianiu jej jako rodzaju wyzwolenia z zakłamania. W książkach popularnonaukowych nie przeczytamy o działaniach konwersyjnych inaczej, niż jako o „leczeniu”, które nikogo jeszcze nie wyleczyło. Dziesiątki terapeutów przed zmianą normy twierdziło inaczej. Dziesiątki twierdzą tak i po zmianie normy. O ile taktyka przy transseksualizmie dotyczy realnej groźby tworzonej przez rozjuszony tłum aktywistów, w przypadku homoseksualizmu na pierwszy plan wybija się przemilczanie. Tysiące razy słyszeliśmy, że jest to kwestia praw człowieka, zrównania w prawie, unikania niesłusznej dyskryminacji – i to wszystko, co powinniśmy w tym temacie robić, jeśli jesteśmy dobrymi, wrażliwymi ludźmi. Realia wyglądają jednak inaczej.

Grupa osób, które źle czują się ze swoim pociągiem do tożsamej płci, istnieje faktycznie (a nawet była wymieniona w edycji DSM, która normalizowała homoseksualizm, pod nazwą „wyraźne i trwałe cierpienie wynikające z orientacji seksualnej”. Są to osoby o różnej sile homoseksualnych odczuć, czasem w małżeństwach heteroseksualnych, czasem single, czasem osoby duchowne. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Od nurtu afirmującego mogą oczekiwać jedynie leczenia… fałszywej świadomości, czyli własnej, uwewnętrznionej homofobii.

Wbrew serialowej idylli, styl życia związany z homoseksualizmem różni się w badaniach od heteroseksualnego – nie są to dwie strony tej samej monety. Homoseksualizm męski bardzo różni się od kobiecego, ma inną dynamikę i koloryt. Dysponujemy danymi na temat znacznie większego poziomu promiskuityzmu, poligamiczności, trudności z utrzymaniem wierności, specyficznym podziałem ról w środowisku pozornie równościowym. Są powody, by nikomu tego nie życzyć. Są powody, by mieć dość doświadczeń związanych z pociągiem do tej samej płci i uczestnictwem w tęczowej kulturze, rządzącej się swoimi prawami.

Bohaterowie świadectw osób z takich środowisk jak Ex-Out-Loud czy starsza Odwaga, ukryci pod nieprzypadkowo użytym hashtagu #weexist, pacjenci cytowani przez najbardziej znanego i banowanego przez Amazon autora-terapeuty reparatywnego, Josepha Nicolosiego, mówią o tym, że nie ma powodu, dla którego ich odruchowe odczucia, pociąg płciowy, miałyby więcej mówić o ich tożsamości niż ich wiara i wartości. A częstokroć wszystkim, co w tym temacie mogą zaoferować sami terapeuci, jest podważenie religii pacjenta, choćby niewprost. Czy te świadectwa są prawdziwe, czy są rzetelne – to może ocenić każdy, ponieważ na platformach, takich jak youtube, są na wyciągnięcie ręki. Byli homoseksualiści istnieją i stanowią wyzwanie obowiązującej agendy i kompromisu (na przemilczanie) panującego w nauce.

Co do tego ostatniego – naukowcy i badacze, w tym teoretycy, dochodzący do innych wniosków niż politycznie pożądane, również mają pod górkę. Od dawna wiadomo, że nie na wszystko dostaje się grant, za to podejmując pewne hipotezy można stać się persona non grata. Wiadomo, że pisząc prace zaliczeniowe na studiach seksuologicznych trzeba je „utęczowić”, by były akceptowalne. Bez problemu można zauważyć, jak w narracji reagowania na niewygodne dane używa się określeń takich jak „science as weapon”, „trash data”, „heteroideology”. Jakie badania mogą podpaść? Np. te mówiące o znacząco lepszym funkcjonowaniu psychicznym w czasie młodych kobiet konwertujących z homoorientacji na hetero, niż odwrotnie. To także znane badania odsądzonego od czci i wiary Marka Regnerusa dotyczące badań nad efektami homoseksualnego rodzicielstwa. Badania nt. nawet kilkukrotnie większej zachorowalności dziewcząt identyfikujących się LGBTQAI+, zwłaszcza o progresywnych poglądach (to niezmiernie istotny czynnik np. w systemowym, czyli rodzinnym aspekcie), na depresję i zaburzenia lękowe, w stosunku do rówieśniczek zachowawczych w obu wymiarach. Łatka takiego czy innego -foba, próby uciszania, zakrzyczenia, protesty do organizatorów konferencji naukowych, wreszcie radykalne przemilczanie przy ochoczym współudziale mediów obrazoburczych specjalistów i danych – to jedna z największych sił cenzorskich i wielka strefa ciszy zachodniego świata.

Osoby, które również nie mają nic do powiedzenia, bo nie są w stanie się obronić – są zawsze najmniejsi, skazani na rozeznanie i interwencję dorosłych. Również stają się ofiarami obowiązującego nurtu afirmacji.

 

Ciąg dalszy nastąpi w II części artykułu. 

 

Wspieram dobrą publicystykę

69% ( 2775 / 4000 zł )
Wspieram!

Katarzyna Wozinska
Katarzyna Wozinska
prywatnie żona i mama piątki dzieci, prowadząca edukację domową. Zawodowo psycholog, założycielka ośrodka Słowo (www.centrumslowo.pl). W czasie wolnym blogerka (okiemwozinskiej.pl) i vlogerka (kanał Psycholog z innej bańki na yt).

WESPRZYJ NAS

Podejmujemy walkę o miejsce głosu prawdy w przestrzeni publicznej. Bez reklam, bez sponsorowanych artykułów, bez lokowania produktów.
To może się udać tylko dzięki wsparciu Czytelników. Tylko siłą zaangażowania Darczyńców będzie mógł wybrzmieć głos sprzeciwu wobec narastającego wokół chaosu!